Wiesław Kępiński
Moje Stawisko
[...] w stylu na pewno bardzo są dobre i żywe te listy, nie wątpię, że kiedyś napiszesz pamiętnik o Stawisku, który będzie materiałem do mojej biografii!! Ito pierwszorzędnym.
z listu Jarosława Iwaszkiewicza
Nadszedł wreszcie rok 2008. Poganiałem czas nie wiedzieć po co, aby ten mijający, 2007 rok, się skończył. A przecież czas i tak pędzi bez poganiania. Nim się obejrzysz, mija większość życia. Siódemka podobno oznacza kosę i jest złą cyfrą jeśli w to wierzyć. Rok spod znaku kosy był rzeczywiście zły, gdy się weźmie pod uwagę choroby, operacje, zgony w bliskim otoczeniu. Było tego za wiele. Sam przeszedłem trudną operację serca. Lekarz, który już po wszystkim wypisywał mnie ze szpitala, powiedział: „Pan to ma szczęście, panie Kępiński”. Ja na to: „Wiem, doktorze, dawno temu uciekłem z miejsca egzekucji”. „Tak, ale podczas operacji stwierdziliśmy, że pana aorta kiedyś pękła, a co najdziwniejsze, sama się zagoiła. Ma pan szczęście” - powtórzył doktor.
Czekałem z niecierpliwością na ukazanie się pierwszego tomu Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza, z nadzieją że przypomną mi się niektóre zdarzenia związane ze Stawiskiem. I tak się stało. Od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem napisania tego, co jeszcze pamięć zachowała o Stawisku. W moim notatniku, który prowadzę od 1947 roku, są jednozdaniowe zapiski. Jak to wszystko połączyć, zakomponować, aby miało sens i było ciekawą opowieścią o moim Stawisku. Pomyślałem, że tytuł wspomnień będzie właśnie taki: Moje Stawisko. Zauważyłem kiedyś ciekawą rzecz. Jeśli przeglądałem np. gazetę, a wśród tysiąca wyrazów było słowo „Stawisko”, mój wzrok natychmiast je wyłapywał.
Stawisko i wszystko, co z nim związane: dom, sad, staw, las, ludzie, zwierzęta, życie codzienne, uroczystości, święta, narodziny i zgony, muszę uratować od zapomnienia. A wiara moja we własne możliwości pisarskie ciągle taka mizerna. Nawet zapis w Dziennikach (26 listopada 1951, tom 1, s. 398) pana Jarosława, że „Wiesław tak umie napisać (jak nie umie nic powiedzieć)”, nie podbudował mnie, choć bardzo ucieszył. Będę musiał się z tym uporać. Stawisko ciągle żyje we mnie, a minęło już ponad sześćdziesiąt lat, kiedy pierwszy raz przekroczyłem progi tego domu.
Zostawiam czas okupacji, powstania, głodu i nędzy, okrucieństwa, aby cieszyć się dniem przeżytym. Chociaż ludzie robią co mogą aby sobie i innym obrzydzić życie. Ktoś kiedyś w złości powiedział do mnie: „Szkoda, że cię Niemcy nie zabili”. Myślę, że może byłoby lepiej. Dla mnie. Inna myśl: przyjaciel mojego syna, znając moje przeżycia, zapytał: „To jakby pana zabili w egzekucji, to Michała by nie było?”. Zupełnie byłoby inaczej. Ale jak? - kto to wie.
Kolejką w nieznane
Mroźną zimą roku 1947, 23 lutego, w niedzielę, wybraliśmy się z siostrą moją Henią na przystanek kolejki EKD. Mogło to być u zbiegu Nowogrodzkiej i Raszyńskiej, bo bliżej dla nas. Już sama jazda była dla mnie egzotyczna. Wagony jak duże zabawki, przytulne, siedzenia drewniane, okucia mosiężne i ozdobne, zwisające z sufitu szklane lampy. I tak wjechałem do innego świata. O czym myślałem, co sobie wyobrażałem? Co działo się w mojej głowie? Ciekawość, przejęcie, a może i strach...
Henia wiedziała, że trzeba wysiąść w Podkowie Leśnej Zachodniej. Pytaliśmy ludzi napotkanych, czy dobrze idziemy. Droga była ośnieżona i prowadziła wprost do domu stawiskowskiego. Za bramą tuż przy transformatorze, szło się przez las. Aleja lekko skręcała w lewo. Kiedy skończył się las, ujrzeliśmy duży jasny dom.
Pierwsze obrazy
Zacznę od pierwszego spojrzenia na wnętrze pokoju stołowego. Zapamiętałem dość dobrze. Jest to obraz pierwszej mojej kolacji. Posadzono mnie u szczytu dużego stołu. Po lewej i prawej stronie moja nowa rodzina. Utkwił mi w pamięci półmrok tego wielkiego pokoju. Zwisająca nisko nad stołem lampa oświetlała tylko stół nakryty białym obrusem oraz twarze i dłonie jedzących. Z przejęcia nie patrzę na nich, zajęty jedzeniem. Byłem głodny. W tym półmroku, który otaczał stół, ledwie widoczny czarny fortepian, wielki kredens i inne meble. Na ścianach obrazy z dziwnymi twarzami. Okiennice zamykane na noc dają wrażenie przytulności i bezpieczeństwa. Do stołu podaje lokaj. Dzwonkiem, który wisi przy lampie nad stołem, można zadzwonić do kuchni. Co jadłem, nie pamiętam. Zapamiętałem tylko, i to wyraźnie, dwa ozdobne krążki masła na swoim talerzu. Tak widzę dziś tę pierwszą kolację.
Już na początku marca 1947 roku ukazała się notatka w gazecie o moim zamieszkaniu na Stawisku. Dobrze, że pani Karolina Beylin podziękowała tym innym osobom, które chciały wziąć mnie na wychowanie. Cytuję treść notatki, która oddaje w drobnej cząstce obraz tamtych czasów:
ROZMOWA Z PRZYJACIELEM.
WIESIO MA JUŻ SWÓJ DOM, KTÓRY GO PRZYJĄŁ.
Czytelnicy nasi pamiętają zapewne list Wiesia z Woli, chłopca, na którego oczach rozstrzelano całą rodzinę. List ten nie przeszedł bez echa. Znalazło się wiele czujących i ofiarnych osób, które zgłosiły gotowość pomocy dla chłopca. Pierwszą, która zaofiarowała się, że Wiesia weźmie do swego domu i wychowa jak syna, była Pani Anna Iwaszkiewiczowa, żona znakomitego pisarza Jarosława Iwaszkiewicza. Wiesio znajduje się już od pewnego czasu w domu państwa Iwaszkiewiczów w Stawiskach pod Warszawą, chodzi do szkoły i czuje się znakomicie. Wypada nam więc na tym miejscu podziękować serdecznie tym wszystkim, którzy poza państwem Iwaszkiewiczami chcieli się Wiesiem zająć. Panu prof. Józefowi Bednarskiemu z Sieradza, nauczycielowi, który wyraził gotowość wzięcia Wiesia za syna.
Panu Antoniemu Chachulskiemu z Wałbrzycha, właścicielowi restauracji „Pod koroną”, który utraciwszy jednego ze swych dwu synów w Oświęcimiu, chciał się Wiesiem zająć jak własnym dzieckiem.
Wreszcie Panu Korolewiczowi z Centrali Produktów Naftowych, który również zainteresował się chłopcem.
Wiesio znalazł już najlepszą, jaką można było dla niego wymarzyć opiekę.
Przyjaciel
Z listu Jarosława do wojska, grudzień 1952 rok:
Niepotrzebnie tylko piszesz, że nie wiesz, czy będę o Tobie pamiętał... - jaki jesteś niemądry, jak by się mogło zapomnieć o własnym bardzo kochanym dziecku, które mi w cudowny sposób przysporzyła pani Karolina Beylin, za co jej do śmierci będę wdzięczny.
Mój pokój
Już po kolacji idę do swego pięknego, ciepłego pokoju na poddaszu. Czeka na mnie łóżko. Przy nim szafka nocna z lampą stojącą. Jest i biurko, i szafa. Okno wychodzi na południe. Jeszcze tego wieczoru pani Anna przynosi mi granatowy sweter. Zima, prawdziwa zima trwa na dobre. Później moja opiekunka zamawia dla mnie u znajomej krawcowej ocieplacz pod palto. Nosi go do dziś mój brat. Solidna robota.
Przed snem moi opiekunowie czasami przychodzą do mnie na poddasze. Zamieniamy kilka słów. Robi się późno, trzeba gasić światło i spać. Ciocia Hania kreśli kciukiem na moim czole znak krzyża. Bardzo sobie ceniłem ten znak, to błogosławieństwo. Może już spokojniejszy i szczęśliwszy zasypiałem.
Za kilka dni zacznę naukę w szkole podstawowej. Mam jeszcze trochę czasu, aby dokładnie poznać cały dom - od piwnic po strych. Trudno opisać moje wrażenia, kiedy przyglądam się pięknym meblom, obrazom, biorę różne książki do ręki. Jestem jak ten zwiedzający, który po raz pierwszy ogląda, czyta objaśnienia, zachwyca się eksponatami już muzealnymi. I zadowolony gość wraca gdzieś do siebie do domu. A ja nie muszę nigdzie odchodzić, bo to jest już najpiękniejszy mój dom, moje Stawisko. Powoli oswajam się z tym domem. Czternaście pokoi, każdy inny, niektóre zamieszkałe. Pokoje są otwarte. Mogę wejść, przywitać się, zagadać. Jeszcze jest dużo mieszkańców.
W tak zwanym pokoju za łazienką (narożny, z wyjściem na klatkę schodową i drugimi drzwiami do łazienki), pamiętam, że mieszkała Teresa - świeża maturzystka. Lubiłem przebywać w tym pokoju u Teresy. Później, gdy przeniosła się w inne miejsce, pokój za łazienką zajęła ciocia Hania. I zaraz na ślicznej komódce urządziła sobie ołtarzyk. Pośrodku, stojący na podpórce, odpowiedniej wielkości święty obrazek, po jego bokach lichtarze ze świecami i oczywiście kwiaty.
Za tym obrazkiem (dlatego odpowiedniej wielkości) stała ukryta butelka francuskiego koniaku. W letnie upały, i nie tylko, był dla mojej opiekunki lekarstwem kojącym złe samopoczucie. Mówiąc wprost, wypity kieliszek koniaku poprawiał ciśnienie i ból głowy mijał. Jarosław, śmiejąc się, mówił: „Oj, Haniu, Haniu, wpadniesz w alkoholizm”. Ciocia Hania stwierdziła kiedyś, że najlepsze rzeczy sana k: koniak, kawior i kawa. Racja!
Sen
Miałem kiedyś taki sen:
Chodzę po domu i nagle odkrywam nieznany mi zamknięty pokój. To wydaje się bardzo tajemnicze i dziwne. Kiedy wchodzę, widzę duży pusty pokój bez mebli, obrazów, zaniedbany. Zastanawiam się, czy wszyscy o nim zapomnieli. I dlaczego on nikomu nie służy? Czy jest jakaś przyczyna, jakaś tajemnica...?
Poznawanie domu
Ale wracam do rzeczywistości, która po tylu latach tych wydaje się mglista, nierealna, może dlatego piękna.
Dokładnie zapamiętałem rozkład pomieszczeń na parterze. Przy kuchni był mały pokoik dla kucharki lub pokojówki. Z kuchni przez przedpokój do stołowego, który ma połączenie z tarasem. Taras - najmilsze miejsce latem. Fotele wiklinowe, jeden bujany. Przy długim stole można wypić kawę lub herbatę. I niekończące się rozmowy. W letnie wieczory miło pogawędzić na tym dużym, cienistym tarasie przy palących się lampach u sufitu. Trzepoczące się ćmy. Ciocia Hania panicznie się ich boi. Kilkanaście metrów od nas, siedzących na tarasie, ściana ciemnego lasu. W nocy wydaje się ponury. Trochę się go boję. W dzień zielony, miły, chętnie po nim chodzę. Ile znaczeń ma zwykły las.
Tuż przy kuchni spiżarnia. W niej na półce stanie zaraz butelka z tranem dla „małego Wiesia”. Tran piłem przez rozsądek, musiałem „nabrać ciała”, byłem chyba za chudy. Kiedy w następnych latach przyjeżdżałem w odwiedziny, pierwsze kroki zawsze prowadziły przez boczne drzwi do kuchni. Spacer od stacji do domu po świeżym powietrzu sprowadzał na mnie i innych gości wilczy apetyt. W dużej lodówce zawsze było coś do przekąszenia, a nawet do wypicia. Obiad dopiero o 13:30. W kuchni rządzi kucharka Pawłowa. To ona szykuje dla mnie śniadania do szkoły. Kiedy wracam z zajęć z Podkowy czy później z liceum w Warszawie, czeka dla mnie obiad w kilku garnuszkach, na ciepłej kuchni węglowej. Dziś, po przeróbkach dla potrzeb muzeum, zlikwidowano kuchnię. Nie ma małego pokoiku i spiżarni. Szkoda, żal.
W piwnicy działał magiel, który służył również sąsiadom spoza Stawiska. Jest tam też bardzo ważne urządzenie - hydrofor, który pompuje wodę po całym domu. Niestety z nim są częste i nieznośne kłopoty. Następny pokój to salon z kominkiem. Do salonu przylega buduar, z którego można wyjść na taras. Ten uroczy pokoik też już nie istnieje. Pamiętam, że w salonie były jeszcze na ścianach malowidła przypominające Sylwestra 1946 i Nowy 1947 Rok.
Podwórko i coś jeszcze
Tak określano zabudowania gospodarskie. Szło się na podwórko, wiadomo było gdzie. Jak na tamte czasy całe to obejście z dużą stodołą, stajnią, chlewem, garażem i pomieszczeniem przy nim dla pracowników, lodownia i oczywiście dworek myśliwski (na parterze cztery pokoje duże i na piętrze dwa pokoiki małe) podpiwniczony, było nowoczesne, solidne. Ale z biegiem lat marniało. Trzeba było dopłacać do tego całego, pożal się Boże, interesu. Słyszałem, że przed wojną uprawiano między innymi szparagi i wożono na sprzedaż do Warszawy.
Lodownia, którą wyliczam wśród zabudowań gospodarskich, była ważnym obiektem. W czasach, kiedy lodówki były rzadkością taka lodownia spełniała rolę zamrażarki, i to wielkiej. Były to solidne dwukomorowe zagłębienia w ziemi, obmurowane, z drewnianymi mocnymi drzwiami, do których schodziło się po kilku stopniach. Nad poziomem terenu był duży nasyp ziemny, otulony darnią. Wszystko to wyglądało jak ziemianka. Żeby dobrze służyła przez całe lato, trzeba było mroźną zimą zwieść z naszego stawu dużą ilość lodu. Lód odpowiednio gruby cięło się w bloki i umieszczało w lodowni, przesypując go trocinami i przykrywając słomą.
Jak wspomina Jarosław, wystarczyło na lato dziesięć furmanek lodu, aby przechowywana żywność się nie psuła. Lód był również potrzebny do ukręcenia lodów waniliowych w specjalnej, prostej konstrukcji maszynce.
Najemni rządcy różnie sobie radzili, ale zysków nie przynosili. Trochę o nich. Zaorski1 z żoną, oboje bardzo mili, czasami do nich wpadałem do dworku. Nie mogłem osądzać ich gospodarowania, bo się na tym nie znałem i nie interesowało mnie to. Pamiętam pewne śmieszne zdarzenie z Zaorskim. Chciał się podlizać Państwu i któregoś lata na klombie przed domem posadził bratki w kształcie liter A i J. Jarosław, jak to zobaczył, oniemiał w pierwszej chwili, a w następnej kazał zlikwidować.
Zaorskiemu umiera żona. No trudno. Pamiętam, że zawsze chodziła ubrana na czarno. W tym czasie na Stawisku zatrudniona jest jako opiekunka do dzieci starszej córki Jarosława, Marysi, Pogrozińska. Antypatyczna, zła i brzydka. Bałem się jej. Kiedyś byłem świadkiem takiego zdarzenia. Karmiła małego Jasia, zła (pasowało do niej nazwisko), że mały grymasił i nie chciał jeść. Uderzyła go otwartą dłonią w twarz. Poszedłem ze skargą do Jarosława, a może do cioci Hani. Marysia dowiedziała się o biciu Jasia i wkrótce zabrała go do Warszawy.
Zaorski nie był długo wdowcem, szybko poślubił Pogrozińską. Wszyscy ze zdziwienia wyjść nie mogli.
Napisałem do mojej siostry taki list:
24 IV 49r.
Kochana i droga Heniu!2
Jestem bardzo zadowolony ze Świąt, które spędziłem tak mile u was. Lepiej zjeść kartofle z solą a ze swoją rodziną, jak mówią ludzie. Jestem też bardzo ciekawy jak bawiłaś się na Jelonkach?
...O panu Iwaszkiewiczu na razie nic nie wiem była tylko depesza z Sycylii że już jest na miejscu, może były jakieś inne listy do żony aleja nie widziałem, więc będę musiał się dowiedzieć od pani Anny.
Na Stawisku zachodzą wielkie zmiany, drzewa zielenieją się, kwiaty się sadzi, kartofle też już się sadzi, jednym słowem wszystko do życia się budzi. Z nowym rzącom jestem w dobrych stosunkach pomagamy sobie nawzajem, nieraz zapraszają mnie (bo ich jest dwoje) na herbatę... Pan rżąca nazywa się Józef Zaorski! Ja też jestem również lubiany przez nich!
Lecz jest niestety taka osoba na Stawisku, która mnie bardzo nie lubi i której ja tez bardzo nie nawidzę i w ogóle wszyscy na Stawisku i nawet w folwarku nikt ją nienawidzi...
Jest to nijaka* pani Pogrozińska wychowawczyni dzieci pani Marysi. Nie wiem dlaczego ona mnie nie lubi i odnosi się do mnie jak donajgorszego w tym domu i tak mnie poniża, nic jej takiego nie zrobiłem i gada na mnie do pani Iwaszkiewiczowej, że ja nie mam wydzielonego masła, jednym słowem okropna baba, obrzydliwa i ohydna. Żeby jej tak można kiedy kropić to by się uskromniła. Chodzi tylko i gada na wszystkich i podlizuje się. W oczy jest dobra a poza oczy obgaduje człowieka w najgorsze. Ona nie mówi takich rzeczy panu Jarosławowi bo by ją pan Iwaszkiewicz przeświecił, bo u p. Jarosława nie ma różnicy czy to służba czy inni, każdy je ile potrzeba i ile może.
Ja tak myślę żeby była taka sposobność, że Stasio i jeszcze ktoś „wsunęli” jej kilkanaście kiji to by się nauczyła szanować ludzi... Masierozumieć służba obstaje za mną bo wszyscy mnie lubią i taką panią „usadzą”.
Mnie się zdaje że ja wezmę ze szkoły, jeśli Stasio nie będzie mógł, swoich chłopaków i napuszczę na nią bo już dość tego wszystkiego! Niech Stasio odpowie czy będzie mógł tą rzecz zrobić i niech napisze zaraz list.
Heniu! Ja nie chcę o tym mówić panu Iwaszkiewiczowi, bo on by powiedział jej pare odpowiednich słów. Bardzo mi jest przykro że ta jedna osoba na Stawisku nie lubi mnie, przecież nic jej nie zrobiłem, zawsze byłem dla niej grzeczny... Nie spotkałem jeszcze takich ludzi, podłych, wrednych i podlizuchów jak ona, ta cholera! Już musze aż na nią przeklnąć, bo jak piszę to aż się trzęsę. Zwracam się do was moi kochani, pomóżcie mi ją uskromnić... Myślę ze nie pozwolicie na to żeby jakaś stara, obca baba dokuczała mnie sierocie, wszyscy ludzie którzy mnie znali mnieli dla mnie współczucie!
Żegnajcie! Niech Bóg będzie z wami! Wiesiek
* Powinno być: niejaka, ale tak jest może nawet lepiej.
Tyle list. Dziś śmieję się z tej sytuacji i staram się wyobrazić sobie odsiecz ferajny z Woli, która okłada małe, grube cielsko.
Wiem, że w listach Jarosława z okresu, kiedy Pogrozińska pracowała na Stawisku, dużo jest słów irytacji z jej powodu.
Stanisławowie
Przez wiele lat pracowali na Stawisku Stanisławowie Zarębscy, rolnicy. Pochodzili z Łowicza, a może spod Łowicza. Ona niezbyt urodziwa, ale stroje łowickie miała imponujące. On bardzo miły i spokojny. Oboje bardzo pracowici. Za swoją pracę nie brali pieniędzy. Mieli dostać w zamian plac w Podkowie Leśnej. Tak się stało. Później wybudowali dom na tej swojej parceli. Zaczęły się jakieś nieporozumienia. Przyjeżdżała rodzina. Liczyli może na jakieś pieniądze. Nie wiem. Już wtedy Zarębscy nie pracowali u nas, na Stawisku. Ale wrócę do Zarębskiego. Był rzeczywiście miły i miał anielską cierpliwość, znosił ciągłe ciosanie kołków na swojej głowie przez żonę. Po piętnastu latach coś w nim pękło, nie wytrzymał i tak jej dołożył, że wylądowała w szpitalu. Nikt się nad nią nie litował. Zarębski i tak długo wytrzymał - mówiono.
Władek Kuświk
Muszę pamiętać, że prawie dwa lata mam wyrwane z życia na Stawisku. Przez wojsko. Dlatego pewne zdarzenia umknęły mojej uwadze. Albo znam je z drugiej ręki. Niewiele pamiętam o gospodarowaniu Władka Kuświka jako rządcy. Chyba nie bardzo znał się na roli. Teraz nie ma kogo zapytać. Zresztą czy to takie ważne... Mogę szczerze powiedzieć, że bardzo go lubiłem. Ciężko pracował już jako kelner. I chyba miał życie podobne do życia Stanisława Zarębskiego. Panie świeć nad jego duszą! Gdybym wiedział, gdzie jego grób...
Szkoła
Jeszcze trwa zima 1947 roku. W domu są narty. Mogę jeździć i zjeżdżać z górek, których jest trochę w Parku Podkowińskim. Kiedy nadejdzie lato, będę szalał na rowerze (też jest), o którym tak bardzo marzyłem na mojej Woli.
Z początkiem marca zacząłem chodzić do szkoły, która mieściła się w czyjejś willi. Miałem trudności z nauką. Zaniedbana przez zły czas moja edukacja musiała być nadrobiona. Przyjęto mnie do piątej klasy. I znowu nowe i inne doświadczenia, przygody szczenięce. Lepiej zapamiętałem wiosnę i lato tego roku. Kiedy wracałem ze szkoły, zatrzymywałem się nad strumieniem płynącym w Parowie Sójek. Budowałem małą tamę i urzeczony patrzyłem na spływającą wodę. Chciałem, żeby to trwało jak najdłużej. Tu nad szumiącą wodą, w samotności, czułem się szczęśliwy i spokojny. Nie chciało mi się wracać do domu. Moje kompleksy nie dawały mi żyć normalnie. Zazdrościłem moim kolegom z klasy, którzy mieli matki, mówili o nich. Byli tacy naturalni, jak powinni być kilkunastoletni chłopcy. Ale nie ja. Po trzech latach skończę podstawówkę.
Z listu Jarosława Iwaszkiewicza do Teresy:
Wieczorami z godzinę robię lekcje z Wiesiem, któremu we łbie trochę się rozjaśnia, niestety bardziej w kierunku panienek i papierosów niż historii i matematyki. Ale jest tak słodki, że przebacza mu się głąbowatość. Co to za szczęście, że to takie dobre dziecko...
Bożena Kowara
Była moją młodszą koleżanką szkolną. Mieszkała w Podkowie Głównej. Kiedy ja kończyłem szkołę, Bożena jeszcze miała przed sobą następny rok. (W dorosłym życiu występowała jako piosenkarka w Polsce i w Paryżu). Podczas uroczystego zakończenia roku szkolnego Bożena ukradkiem wcisnęła mi w rękę liścik napisany na kartce wyrwanej z zeszytu:
Wiesiu!!! Zbliża się koniec roku szkolnego, w którym ty odejdziesz. Przykro mi z tego powodu bardzo. Ale jedyna moja pociecha to to, że ty chyba (tak przypuszczam) o mnie nie zapomnisz. Podkowa Leśna Zachodnia i Główna są bardzo blisko siebie. Wiesiu jeśli mnie trochę lubisz to napisz mnie jakieś pocieszenie żebym tak źle nie myślała, że o mnie zapomnisz. Możesz pisać do mnie co najgorsze byleby była to prawda. Wiesiu, dlaczego w szkole jesteś dla mnie taki obojętny. Napisz mi nie kłamiąc czy mnie lubisz. Czy to prawda, żeś już kiedyś do mnie pisał? Napisz kogo najlepiej lubisz z dziewczynek i czy chcesz byśmy na przyszły rok szkolny też się „znali”. Wybacz mi moją odwagę, że pierwsza piszę, ale to z miłości.
Odpisz zaraz i jak najprędzej oddaj mi odpowiedź. K Bożena3
Nie zapomniałem o Tobie. Nasze drogi rozeszły się w różne strony. Byłaś piękna. Wróciłaś z Paryża jako garść prochu w marmurowej urnie. To, co mi zostało po Tobie, to liścik od Ciebie, który przechowuję od ponad pięćdziesięciu lat. Pamiętam dzień, kiedy odwiedziłaś mnie na poddaszu. Przesiedzieliśmy ten długi czas niemal w milczeniu, zażenowani.
Sroczka
Tuż za ogrodzeniem stawiskowskim w domku dwupokojowym z kuchnią i miłym gankiem mieszkały siostry Jarosława: Helena i Jadwiga. Lubiłem tam bywać, porządkować wiosną i latem ich ogródek. Rosło tam trochę drzew owocowych, krzewy bzu.
Któregoś razu w pobliżu domu sióstr Iwaszkiewicza znalazłem pod wysoką topolą małą sroczkę. Wypadła z gniazda na tej topoli. Miała szczęście, że na mnie trafiła, a nie na kota. Zabrałem ją do siebie na poddasze. Cieszyłem się z tego boskiego stworzenia.
Pamiętam taką scenę. Zapragnąłem narysować konia. Szło mi to z trudem. Darłem arkusze i rysowałem dalej. Bez efektu. Irytowałem się i niemal rozpłakałem ze złości. Sroczka, moja wychowanka, która spacerowała po biurku, patrzyła, co ja robię. W pewnej chwili zaczęła dziobać w błyszczącą obrączkę na moim palcu. Uśmiechnąłem się na ten widok. Bliższa mi była w tej chwili sroczka czarno-biała. Już uspokojony poszedłem z nią przed dom na trawnik. Później, kiedy odrosły jej skrzydła i mogły ją udźwignąć, poleciała do swoich.
W liście do Józia Zakrzewskiego, który w tym czasie przebywa w Koninie, Jarosław wspomina srokę i pisze: „Wiesio bardzo niezadowolony z nauczycielki arytmetyki, u której bierze korepetycje, ale nie mogę wybadać na czym to niezadowolenie polega i czego od niej chce, i on i sroczka bardzo są bezdomni przez ten czas, a tyle ludzi na Stawisku przebywa”.
Srebrne wesele
W tym czasie trwały uroczystości dwudziestopięciolecia ślubu Anny i Jarosława. W notatniku pod datą 12 września 1947 zanotowałem: „Dziś drodzy p. Iwaszkiewiczowie doczekali swojego srebrnego wesela!”. I tylko tyle. Na szczęście coś tam zostało w łepetynie. Dowiaduję się z listów (w Dziennikach nie ma zapisów z 1947 roku) i domyślam się tylko, że cały ten najazd chmary gości był dla mnie trudny do zniesienia. Przesiedziałem większość czasu u siebie ze sroczką. Gdy po obiedzie goście trochę się porozchodzili po domu, lesie i ogrodzie, zszedłem na dół. Miałem szczęście. Wracał właśnie ze spaceru Julian Tuwim.
Przypomina się dziś wiersz Jarosława Stary poeta:
Tuwim przyjdzie
z gałęzią wielkich jabłek
jak ta co zabrał
z naszego srebrnego wesela.
Zdarzyła się w to święto rzecz bardzo niemiła. Pani Hania przed myciem rąk (a robiła to często) w łazience na parterze zdjęła biżuterię i położyła na półeczce. Kiedy po jakimś czasie przypomniała sobie o niej, już jej tam nie znalazła. Ktoś ją ukradł.
Obrazki zwierzątkowskie
Przychodziło do mnie do pokoju najmilsze stworzenie - suka Aza. Siadała przede mną i patrzyła mądrymi, łagodnymi, niemal ludzkimi oczami, a ja nie rozumiałem, co ona chce, co by chciała powiedzieć, gdyby mogła. Może przychodziła po prostu tak sobie, abym nie czuł się samotny.
Dogsio był psem, który naszczekał na nas, kiedy zjawiliśmy się po raz pierwszy. Później zaprzyjaźnieni chodziliśmy po zakupy. Był dumny i zadowolony, kiedy wracaliśmy, a Dogsio niósł w pysku koszyk. W tamtych czasach przy stacji Podkowa Zachodnia były dwa malownicze, drewniane sklepiki, tak zwane budki.
Dogsio zmarł tragicznie. Ciocia Hania w książce Nasze zwierzała tak pisze o Dogsiu: „Wspomnieć jednak muszę o przepięknym piegowatym dogu Stachów Do-xie. Który zginął tragicznie po połknięciu nie zgryzionej dostatecznie widać kości kurzej, którą niestety, ku wiecznemu wyrzutowi tkwiącemu jak nóż w moim sercu, ja właśnie mu dałam”. Pamiętam, że jeździłem z nim furmanką do weterynarza, który nic nie był w stanie zrobić. Jak wróciliśmy, Dogsio powlókł się do sadu, gdzie w samotności zakończył życie.
Medorek był psem łagodnym i miłym. Żył razem z Tropkiem. Dzięki Tropkowi mógł się jakoś po ogrodzie poruszać, bo był, biedactwo, zupełnie ślepy. Któregoś dnia siedzieliśmy w stołowym przy szeroko otwartych drzwiach, mając widok na aleję lipową. Wracał Medorek. Co chwila zbaczał w lewo lub w prawo, obijając się o krzaki i drzewa. Kotka, która kręciła się koło stołu, zobaczyła Medorka, z trudem idącego do domu. Pobiegła do niego, dała się obwąchać. Teraz już pewnie i prosto mógł Medor iść za swoją przewodniczką radośnie podskakując i majtając kikutem ogona.
Kotka, właśnie ta, miała sierść jasnoszarą niemal srebrzystą. Kiedyś przy obiedzie bardzo napraszała się o jedzenie. Ciocia Hania zawołała przez otwarte drzwi do kuchni, do Zosi: „Zosiu, daj coś kotce do jedzenia”. Kotka natychmiast wyprężyła ogon do góry jak antenę i spokojnie poszła do kuchni po zapowiedziane jedzonko.
Koń Siwek. Byłem na Stawisku tego dnia, kiedy trzeba było wyprowadzić prosięta i zawieźć gdzieś na sprzedaż. Kłopot się zaczął, i to poważny, kiedy Siwek, który zawsze mieszkał z maciorą i prosiętami, wyczuł, że ludzie mu je zabierają. Zaczął tak się szarpać, walić kopytami, wydając przy tym przejmujące odgłosy. Wyprowadzono Siwka do sadu na trawkę, żeby się trochę uspokoił, a w tym czasie...
Chleb
W dawnych czasach był na Stawisku piec do pieczenia chleba. Jadłem taki chleb. Ciasto, ułożone na liściu chrzanu, wsuwało się do pieca przy pomocy drewnianej szufli na kiju. Gotowy chleb pachniał jak nic piękniejszego na świecie. Dokładnie zapamiętałem, jakby to było wczoraj, kiedy przy posiłku pan Jarosław, stojąc, obejmuje lewą ręką bochen chleba i oparłszy go na sercu, zabierał się do krajania. Nim zaczął, robił nożem znak krzyża na spodzie chleba. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Byłem przejęty, pamiętam, co znaczył kiedyś chleb. Jeśli upadł ci kawałek na ziemię, trzeba było zdmuchnąć ziemię i pocałować go, przepraszając!
Scena współczesna w sklepie. Starsza pani prosi o chleb porcjowany, szczelnie owinięty przezroczystą folią. Po chwili słychać głos staruszki: „A co ten chleb taki krzywy?”.
Domownicy i inni
Nie jestem w stanie zachować kolejności zamieszkujących na Stawisku ludzi. Nie jest to takie ważne. Oprócz stałych osób mieszkali tu państwo Łempiccy, panie Nowickie, Kuświkowie, Bogatyńscy. Później też na stałe siostry Jarosława, Jadwiga i Helena, babcia Śliwińska i mój brat. Stała służba to lokaj, kucharka, pokojówka. Pomagali inni ludzie w utrzymaniu domu. Pracownicy sezonowi do prac w polu i różnych innych. Przychodzili z pobliskich miejscowości, głównie z Polesia.
Miła pani Wróblewska zajmowała się praniem i szyciem. Mieszkała z córką i wnukiem tuż za Stawiskiem. Mały domek z ogródkiem i ławeczką na zewnątrz pod oknem przyciągał swoim urokiem. W tym domku zdarzyła się wstrząsająca tragedia. Mały kiepsko się uczył i dostawał baty od matki. Kiedy dostał kolejną dwóję, chciał jakoś nastraszyć matkę. Gdy zobaczył przez okno, że matka idzie ku domowi, założył pasek na szyję i przyczepił go do klamki. Miało to być tylko na niby. Zamiast ratować wiszącego chłopca, baby wrzeszczały, biegały przerażone, a mały chłopczyk umierał.
Kiedyś zapytałem swojego opiekuna, czy samobójstwo jest aktem odwagi czy tchórzostwa. Tchórzostwa - odpowiedział.
Po sekretarzu Józefie Zakrzewskim nastał pan Sudzicki. Chodził z dużą teczką ze świńskiej skóry. Wyglądał jak postać ze sztuk Gogola. Nietrudno było zgadnąć, że jest urzędnikiem, i to nie byle jakim. Kiedy telefonował do jakiegoś urzędu, przedstawiał się: „Tu sekretarz osobisty posła na Sejm Jarosława Iwaszkiewicza”. I wszystko mógł załatwić. No, powiedzmy, prawie wszystko. Jemu - co tu dużo gadać - będę zawdzięczał zdobycie nakazu na mieszkanie kwaterunkowe na Foksal. Ale to osobna i późniejsza sprawa.
Konin
Notatka z 1947 roku: „Mój pierwszy dzień w szkole w Podkowie”. Ciekawszą rzeczą będzie wyjazd, w końcu czerwca, do Konina. Jadę pod opieką Józia do jego rodziców. Zanim to nastąpiło, uzgodniono i ustalono listownie między panią Zakrzewską a Jarosławem, co i jak.
Droga pani Ireno! Strasznie pani dziękuję, że zgodziła się pani wziąć na jakiś czas (tydzień do dziesięciu dni) mojego Wiesia do siebie. Bardzo to miły chłopiec, ale chciałbym aby poznał rodzinę normalniejszą od naszej i aby zaznał kobiecej serdeczności...
Zaznałem i to jak!
Cioteczki
1.V.53 Stawisko. Kochany Wiesiulku! I ja staruszka zabrałam się za list do ciebie: p. Jarosław w Ameryce!! A Staś pewno nie jest bardzo skory do pisania listów. Chcę więc przesłać ci trochę wiadomości o Stawisku...
Helena Iwaszkiewicz! Tylko początek listu zamieszczam, a to ze względu na milutki zwrot, którym mnie obdarzyła. Nikt tak do mnie nie napisał. Dalszego ciągu listu nie jestem w stanie rozszyfrować. List odebrałem w wojsku, w 1953 roku.
Kochany Wiesiu! Posyłam ci widoczek morza. Jest tu mnóstwo harcerzy, mają swoje obozy, a wieczorem gdy już leżymy w łóżkach śpiewają bardzo ładnie. Myślę, że na przyszły rok i ty wśród nich będziesz. Maciuś jest bardzo grzeczny. Przesyłam ci serdeczne pozdrowienia i uściski. Jadwiga
W notatniku mam zapisany wyjazd cioci Hani i Jadwini z Maciusiem nad morze pod datą 20 lipca 1947. Pocztówka czarno-biała, na marginesie u dołu ma napis jakby pieczątką zrobiony: Widok Wybrzeża Polskiego. Na drugiej stronie tekst: PHOTOGRAPHIE UND VERLAG GEYER &CO., BRESLAU 16. Ciekawe, może to jakieś zapasy poniemieckie?
W tymże roku zanotowałem m. in. „Pani Anna z panią Jadwinią i Maciusiem jadą nad morze. Pan Jarosław dostaje nagrodę «Odrodzenia». Jadę z p. Józkiem pierwszy raz do Teatru Polskiego na Ogólnopolski Konkurs Szekspirowski. Idę z p. Jarosławem do kina na Klatką słowika do Milanówka. Pierwsza moja szczęśliwa Wigilia na Stawisku”. Odnotowałem również dwa niegroźne pożary - u pani Anieli Nowickiej i babci Pilawitzowej. To wszystko zmieściło się na jednej stronie brulionu. Jak niewiele. Dwadzieścia linijek niemal całego roku. A co by zostało w pamięci gdybym nie zapisał? Nic.
Wypada niektóre notatki rozbudować. Ale te jednozdaniowe informacje są teraz bardzo ubożutkie. Pamięć zawodzi. Moja pierwsza Wigilia i święta Bożego Narodzenia zapadły jednak w mojej pamięci jak najpiękniejszy obraz. Obraz, który widzi się w całości, bez szczegółów. Po latach to wrażenie robi się coraz bardziej idealistyczne i mgliste. Czy wszystko było tak, jak to widzę dzisiaj? Na pewno nie. Wiem, że takich świąt już nigdy i nigdzie nie przeżyłem i nie przeżyję. Chwała temu domowi, domownikom i nawet zwierzątkom.
Zanim nastąpiły święta, jest lato. Na pewno gorące i pogodne. W alei lipowej szum tysięcy pszczół. W sadzie zbieram maliny na deser poobiedni. Ciągle coś kwitnie. Raz pachnie fiołkami leśnymi, raz bzami, a później konwalią jaśminem. Wychodzisz z domu i tuż za drzwiami wolna przestrzeń. Drzewa i krzewy, niebo w czystym błękitnym kolorze. Nie wychodzisz na klatkę schodową bloku. Drzwi frontowe latem otwarte na oścież. Psy i koty chodzą w tę i z powrotem. Gdy ktoś idzie, psy szczekają. Ciekawe kto idzie aleją lipową od strony stawu? Trzeba pieski uspokoić.
Grodzisk Mazowiecki
Niedaleko od Stawiska położonym miastem jest Grodzisk. W dawnych latach kolejka EKD dochodziła do dużej kolei, przejeżdżając przez rynek. Pomimo niezbyt wielu wspomnień związanych z tym miastem mam do niego szczególną sympatię. Pamiętam urok i przytulność rynku. Bywałem często w składzie aptecznym, który był własnością rodziny Włodków. Z tego głównie powodu lepiej poznałem miasto, kiedy Stach, pierwszy mąż Marysi Iwaszkiewicz, zabierał mnie do tego składu. Pachniało ziołami, maściami, terpentyną... Całe urządzenie wnętrza, regały, szafy i inne meble, było pomalowane na zielono. Do szuflad przybite owalne porcelanowe tabliczki z informacją, co się w nich znajduje. Tuż za rynkiem, a ściślej mówiąc za budynkami tego rynku istniał plac targowy. Po większe zakupy jeździło się furmanką. Cóż to była za frajda! Kiedyś Stach kupił mi na imieniny trzy białe gołębie. Zamierzałem założyć hodowlę tych ptaków. Musiałem założyć hodowlę gołębi, aby powstało opowiadanie Dziewczyna i gołębie. Oczywiście żartuję. Chociaż to ma swój związek.
Dziewczyna i gołębie
Kiedy zostało zakończone pisanie tego opowiadania i ukazało się w druku, mogłemw całości je przeczytać. W rozmowie z pisarzem dowiedziałem się, kto jest kto i które opisane sytuacje, obrazy mają, albo nie, pokrycie w rzeczywistości.
Jest taka scena za oknami. Jest lato, pogodny poranek. Basia widzi w oknie sąsiedniej willi twarz inżyniera. Patrzą na siebie minutę, może dwie. Basia bez uśmiechu, poważnie, ale z tryumfem. A naprawdę było tak: w Podkowie Leśnej Głównej kolejki z obu kierunków spotykają się na tej stacji na minutę czy dwie. Wagony sąsiednich pociągów tak stanęły, że bohaterowie przez ten krótki czas mogli na siebie popatrzeć przez okna. „Ta chwila wydała się inżynierowi wiekiem, czuł się zmiażdżony, upokorzony, ale nie śmiał odwrócić wzroku”. Poprzedniego dnia przed tym opisanym rankiem Basia jest u Edka. Są sami w domu inżyniera. Dochodzi do tego, co wcześniej czy później miało się spełnić. Jest jedenasty sierpnia!
Kiedyś dostanę od Krysi album ze zdjęciami jej i moimi. Na pierwszej stronie kolorowy kontur serca, w nim zdjęcie Krysi z dedykacją - „Kochanemu Wiesiowi, który naruszył spokój serca mego”. Pokazałem go, bo chciałem się pochwalić, Jarosławowi. Tylko się uśmiechnął i powiedział: „Oj nie tylko, nie tylko”. Miał rację. Amor zrobił swoje.
Na podwórku budujemy ze Stasiem gołębnik. Prawie taki, jakie bywały na Woli. Jeszcze zostało kilka dni wakacji. Trzeba będzie wracać do szkoły i nauki. W szkole kocham się w Krysi, Wandzi, Irenie... Wariactwo.
Z pamięci
Mogło to być pod koniec lat czterdziestych. Karol przyjechał na Stawisko latem ze swoim ojcem Zygmuntem Modzelewskim. Pan Zygmunt był wtedy ministrem spraw zagranicznych. Karol jest młodszy ode mnie o około pięć lat. Wtedy nie była to duża różnica. Dziś przechodząc koło cmentarza zwierząt, staram się przypomnieć imiona pochowanych psów i kotów. I nic. Za to doskonale pamiętam, jak z Karolem łazimy po tych dużych dębach, które rosną tuż przy cmentarzysku. I jak udawałem, siedząc za kierownicą buicka, że prowadzę tę wspaniałą limuzynę, którą przyjechali.
Gdy gospodarze, moi opiekunowie wyjeżdżali gdzieś za granicę, ja zostawałem na gospodarstwie. Za wiedzą Jarosława i cioci Hani urządzałem prywatki. Nie było ich wiele. Już w czasach, kiedy chodziłem do liceum, były może dwie. Na jednej z nich była Wanda K., Stasia S. i ktoś jeszcze. Jest co zjeść i wypić. Serce bije mocniej i szybciej. Jest pięknie! Po wielu latach Wanda K. przywiezie samochodem swoją matkę, aby ta zobaczyła, gdzie jej córka czasami przebywała. Można i tak.
Historia związana ze Stawiskiem. W czasie okupacji dwie dziewczynki z Za-mojszczyzny uratowane z transportu kolejowego w Warszawie przechowywane, pielęgnowane, karmione wróciły po wojnie w swoje strony. Poznałem je już jako dorosłe kobiety. Pewnego dnia przyjechały na jakąś uroczystość rocznicową do państwa Iwaszkiewiczów. Przez pół Polski wiozły w bagażniku samochodu wspaniały prezent - tort. Niestety tort „przesiąkł” spalinami i tak śmierdział benzyną że nie dało się go jeść. Jarosław kiedyś je odwiedził i opowiadał jak na przyjęciu różne zakąski zimne i gorące zapijano wódką „Tata z mamą”. Wyjaśniam młodym: była to wódka mieszana spirytus z sokiem. Pół na pół.
Poznawanie piękna
Pewnego sierpniowego wieczoru przy bezchmurnym niebie wyszliśmy z panią Anną przed dom. Trochę dalej od domu, w aleję lipową żeby światło z okien nie przeszkadzało w patrzeniu w niebo. Pani Anna pokazała mi Gwiazdę Polarną (mówiąc ojej wyjątkowości), Wielki i Mały Wóz, Drogę Mleczną. Później dowiedziałem się, że „Plejady to gwiazdozbiór już październikowy”. Długo wpatrywałem się w miliardy świecących punkcików zadziwiony, że prawie wszystkie te gwiazdy i gwiazdozbiory mają swoje nazwy i imiona.
Przy łóżku pani Anny (mojej cioci Hani) wisi do dziś, oprawiony w ramkę za szybką widok Obłoków Magellana, zadziwiający i straszny. I tak pomału stawałem się coraz światlejszy. W początkowym okresie mojego życia na Stawisku, oboje opiekunowie czasami grywali na fortepianie (Dogsio tego nie lubił i podbijał swoim wielkim pyskiem grające dłonie). Dużo się mówiło o muzyce. Wymieniano nieznane mi nazwiska kompozytorów, nazwy słynnych utworów, wiele melodii muzyki klasycznej zapadło na zawsze w moje serce. Kiedyś Jarosław kupił w Warszawie, było to zaraz po konkursie szopenowskim, płytę z jedną z etiud. Grał ją Andrzej Czajkowski. Wykonanie było znakomite, ale dowiedziałem się, na czym ta znakomitość polegała od znawców - moich opiekunów. Dziś mogę zanucić melodię tej etiudy.
Z pobytu w Rosji Jarosław przywiózł płytę z pieśniami w wykonaniu Fiodora Szalapina. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale chodziło o to, że fachowcy rosyjscy potrafili „wyczyścić” głos na starej płycie i podłożyli wykonanie współczesnej orkiestry. Słuchając, miało się wrażenie, że to całe nagranie dokonano wczoraj. Z Paryża zaś przywiózł płytę z miłymi piosenkami modnego w owym czasie Yves'a Montanda.
W książce Jan Sebastian Bach Jarosław napisał mi dedykację: „Kochanemu Wieśkowi z bardzo serdecznymi słowami i życzeniami aby pokochał muzykę Bacha. Stawisko 3 czerwiec 1951. Jarosław”.
Jeszcze o muzyce. Któregoś razu wysłano mnie z maszynopisem książki o Chopinie do Krakowa. Nocleg mam załatwiony u pani Mortkowiczowej, mamy Joasi. Mieszkały wtedy na ulicy Krupniczej, gdzie mieścił się również krakowski oddział Związku Literatów Polskich. Krótkie, ale ciekawe i miłe przeżycie. Joasię poznałem kiedyś w Zakopanem, zimą w domu ZAIKS-u (który to był rok?). Była ze swoją koleżanką.
Piękne obrazy miałem pod ręką. Wpatrywałem się urzeczony w obraz Śmierć Barbary Radziwiłłówny wiszący w gabinecie. Wielki obraz Pojedynek nad fortepianem w stołowym. A znowu gdzieś na ścianie w sypialni wycięty (może z gazety) kolorowy obrazek, na którym widać Patrol powstańczy Gierymskiego, bardzo nastrojowy. Gdy się patrzy na oglądającego się za siebie powstańca na koniu, wydaje się, że słychać daleki wystrzał, który on słyszy. I ta równina mazowiecka, piękna i dzika jeszcze.
Kiedyś Jarosław wyciągnął zza kanapy zwinięty w rulon obraz Witkiewicza. Rozwinął, pokazał, aby po chwili zwinąć i położyć na dawne miejsce. Był to portret pary Iwaszkiewiczów. Jarosław go nie lubił. Obraz oprawiony, odnowiony, wisiał jakiś czas już w muzeum stawiskowskim. Było włamanie i obraz skradziono. Myślę sobie, że Jarosław nawet po śmierci nie chciał, żeby on w Stawisku wisiał. Teraz się cieszy, że wreszcie stamtąd zniknął.
Mogę w tym miejscu się pochwalić, że dwa moje obrazy olejne (widok Sandomierza i Stawiska) wiszą w muzeum. Ale ich nikt nie będzie chciał ukraść.
Jeśli dom czy mieszkanie odbiera się wszystkimi zmysłami: wzrokiem, węchem, dotykiem, to taki dom lub mieszkanie mają swoją duszę! Stawisko ją miało. Ale teraz...
Pieniądze
Kiedyś na biurku Józia Zakrzewskiego (ja miałem swoje) zobaczyłem banknoty przyciśnięte ciężarkiem. Natychmiast pomyślałem: to na pewno wypróbowanie mnie, wezmę czy nie. Po wielu, wielu latach powiedziałem o tym Jarosławowi. Przejęty i zdziwiony powiedział: „Wiesiu, nigdy nikomu nie przyszłaby do głowy taka myśl”. Takie to były te moje dziwactwa.
Kiedy jechałem do Warszawy, a potrzebowałem pieniędzy na coś tam, mówiłem, że będą mi potrzebne. Za wiedzą Jarosława brałem z szuflady tyle, ile było mi w tej chwili potrzeba. Zdawałem sobie sprawę, że finansowo jest ciężko. Jeśli się masło wydzielało...
A propos wydatków
Kiedyś Jarosław wydostał z zakamarków szuflady notatnik do zapisywania codziennych zakupów i związanych z tym kosztów. Kto to zapisywał i prowadził - nie wiem. I tak na przykład: chleb, masło wędlina, rzodkiewki - razem 8,50 zł, różne - 25,30 zł. Śmialiśmy się z tego.
Gospodarz kiedyś przed świętami (wszystko jedno którymi) wyciągnął starą -jeśli chodzi o rok wydania - książkę kucharską i czytał nam. Pamiętam, jak zaczynał się jeden z przepisów: „Weź dwie baby, sześćdziesiąt jaj...”. Niektórych nazw występujących w tej książce, już nawet Jarosław nie był w stanie rozszyfrować.
Obrastałem w piórka
Dbałem o czystość, a szczególnie o wygląd. Byłem coraz bardziej kolorowy. Az czasem wyglądałem już jak rasowy bikiniarz. Ludzie się za mną oglądali. Ale to bikiniarstwo zaczęło się w Liceum Techniki Teatralnej. Trochę, a może bardzo, przewracało mi się w głowie. Jarosław, żartując, straszył mnie, że lepiej byłoby dla mnie, gdybym zamieszkał w rodzinie nauczyciela w Sieradzu. Była to jedna z wielu osób, która wyraziła gotowość wzięcia mnie do siebie. „Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu”. Miało być jednak Stawisko. I chwała Bogu.
Literatura
Czytałem dużo, i to pozycji wartościowych. Przynoszone przez Jarosława książki były odpowiednie dla mojego wieku. Szkoda, że zaginął zeszyt, w którym zapisywałem wszystkie tytuły przeczytanych książek. Trudniejsze teksty, jak dramaty Szekspira, czytał mi pan Jarosław. 1 jak mówiono na Woli, tłumaczył z polskiego na nasze. Cytuję fragment listu w sprawie mojego czytania. Bywało i tak: „Nie rzucaj Antygony w kuchni, ale weź ją i poczytaj sobie. Przynajmniej wstęp. Tekst przeczytamy może razem?”. W dorosłym życiu byłem na premierze opery Antygona, kompozycji mojego dobrego i długoletniego znajomego, Zbigniewa Rudzińskiego. Dopełniła się moja wiedza o Antygonie. Dlaczego z tej masy przeczytanych książek pamiętam do dziś Cudowną podróż, Życie pszczół, Gucia zaczarowanego? Musiały głęboko zapaść mi w serce. A może dlatego, że były to pierwsze przeczytane książki. I to na Stawisku.
Z drobniejszych publikacji znalazłem na swoim biurku broszurkę Jak być lubianym. Bardzo mi się przydała. Niedawno Zosia Dzięcioł, od bardzo dawna zatrudniona na Stawisku, znalazła w archiwum książkę Makarenki o dobrym wychowaniu. Jest w niej moja dedykacja dla koleżanki szkolnej, potem mojej pierwszej żony - Krystyny. Uważałem chyba, że jej się przyda.
Jarosław dostawał książki od autorów i wydawnictw. Były to więc często podwójne egzemplarze. Odkładano te zbędne na kupkę i kiedy się sporo nazbierało, przyjeżdżała furmanka z domu dziecka i zabierała. Ani jedna książka nie mogła się zmarnować.
Inna rzecz zasłyszana. Jarosław bronił Trędowatej Mniszkówny i tych, którzy się nią zaczytywali. Na widocznym miejscu w moim domu stoi zdjęcie Mniszkówny z dedykacją dla cioci Jadwini. Kiedyś mi je ofiaruje ze słowami: „Masz Wiesiu, ty lubisz takie starocie”. Obie panie się przyjaźniły.
Podkowa Leśna Główna
W początkowych miesiącach mojego życia na Stawisku chodziłem na dziewiątą do kościoła, na Główną. Zimą na piechotę, a latem na rowerze. Z Karolina przyjeżdżał na mszę cały młodziutki jeszcze zespół „Mazowsze”. Wszyscy ubrani jednakowo. Kościół i jego otoczenie bardzo ładne. Latem można było wysłuchać mszy na zewnątrz, bo kościół mały i ciasny. Tuż przy stacji kino „Związkowiec” w jakimś obskurnym baraku. Projektor między widzami i krzesła luzem. Ale to nic nie znaczyło. Ważne, co się działo na ekranie. Sklepy, kawiarenka, apteka, słynna knajpa „Skar-lett”, w której byłem z młodzieżą stawiskowską, ale tylko raz. Restauracja pani Jankowskiej, do której jeździłem po znakomite paszteciki na większy obiad z gośćmi. Restaurację zabrano i zamieniono na gospodę ludową. Musiała pasować do nowych czasów. Kiepskie jedzenie, smród i dużo wódki.
Z Głównej przyjeżdżał lekarz do cioci Jadwini (jak już zamieszkała na Stawisku). Zapisywał medykamenty, potem ktoś z nas młodych wykupywał. A ciocia, jak nikt nie widział, wyrzucała leki przez okno swojego pokoju w krzaki. Dożyła sędziwego wieku! Miała 93 lata, kiedy umarła.
Konin po raz drugi
Jarosław pisze do pani Ireny Zakrzewskiej do Konina: „[...] Mam oprócz tego jeszcze jedną prośbę do pani. Otóż bałbym się trochę o Wiesia [w tym czasie Anusia, córka Marysi, zachorowała na szkarlatynę], który teraz jest na obozie, ale w końcu miesiąca ma powrócić. Otóż zwracam się z wielką prośbą do pani, czy nie mógłby on po powrocie z obozu spędzić jakich dwóch tygodni w Koninie...”. Czas spędzony w Koninie pod najlepszą opieką Józia Zakrzewskiego i jego matki wspominam jak najmilej i z łezką w oku za minionym czasem. Gdy kiedyś przyszło mi przejeżdżać pociągiem przez Konin, widok peronu i napis KONIN bardzo mnie wzruszył.
Wrócę jeszcze na chwilę do drugiego pobytu w Koninie. Na początku sierpnia rodzice Józia wyjechali na wycieczkę. Zostaliśmy sami na gospodarstwie. Ale zaraz zjawiła się śliczna kuzynka Józia - Elżbieta z Kalisza. Miedzy 17 a 20 sierpnia rodzice Eli gościli mnie u siebie w Kaliszu. W miejscowym zakładzie fotograficznym zafundowałem sobie pozowane na amanta zdjęcie. Zostały najmilsze wspomnienia. I diabli człowieka biorą, że już nic z tego nie powtórzy się.
Czas wracać na Stawisko
Już na drugi dzień po powrocie moim z Kalisza do domu mieszkańcy Stawiska, głównie młodzież, urządzają w Żółwinku „Olimpiadę” - zawody związane głównie z wodą. Nie było mowy o nudzeniu się. Czas musiał być ciekawie i zdrowo wypełniony. Zachowało się kilka amatorskich zdjęć. Na jednym z nich grupka nas je „Śniadanie na trawie”, w cieniu drzewa, tuż przy stawie. Na innej fotce nasi pływają na pontonie. Było ciepło, spokojnie. A jak kanapki smakowały, przyniesione w wiklinowym koszyczku.
Blisko domu był plac do siatkówki. Młodzież często i z ochotą grała. Około godziny szesnastej wołano nas na podwieczorek, na werandę. Jedliśmy najczęściej zsiadłe mleko od naszych krów, a do mleka ziemniaki z okrasą.
Irena Krzywicka
Mieszkała z synem Andrzejem w Podkowie Wschodniej. Z Andrzejem chodziliśmy do jednej klasy. Mam listę uczniów, na której figurują Andrzej, Piotr Lachert, Jacek Pilitowski, Andrzej Szałowski. Najbardziej ich zapamiętałem. Cała klasa liczyła 32 uczniów. Kiedyś, nie wiem dlaczego, powiedziałem do Andrzeja: Ty Żydzie. Głupie, bez sensu i powodu. Daleki jestem od antagonizmów. Pani Irena z żalem zwróciła mi uwagę. Andrzej musiał jej o tym powiedzieć. Ale jak to w życiu. Po wielu, wielu latach zobaczyłem w księgarni na ulicy Wiejskiej stojące obok siebie książki, moją i Andrzeja. Na okładkach nasze zdjęcia. Już dobrze, nic się nie stało! Przepraszam.
W tejże księgarni inny układ na półce. Stoją na niej odwrócone licem trzy książki: Jarosława - Brzezina, Marysi - Z pamięci i moja - Sześćdziesiąty pierwszy. Miło! Bardzo miło!
List od brata
Warszawa dn. ll 10 47 r.
Kochany Wiesiu.4
Przykro mi że jesteś tak daleko odemnie. Ale bardzo mi przyjemnie, że dostałeś się w dobre ręce i możesz się uczyć że będziesz człowiekiem kiedyś. Ja na razie roboty nie mam nie mogę na razie dostać. Ja mógłbym się uczyć na śpiewaka ale nie mam funduszy na to a sam wiesz jak śpiewam. Różni ludzie mi mówią, że ja mógłbym w życiu wielką karierę zrobić. Wiesz otem dobrze gdyby nasi rodzice żyli to już dawno byłbym śpiewakiem O czym marze od dziecka.
Kończę te parę słów całuję cię mocno twój brat Staszek.
Ukłony dla państwa Iwaszkiewicz.
Pokłoń się tej panience co odprowadziła mnie do kolejki!
Marzenie Stasia się spełniło. Latem 1951 roku zamieszkał na Stawisku. Miał utrzymanie i dach nad głową dostawał również stałą pensję. Był na prawach pracownika do różnych zajęć domowych. Uczył się dzielnie na śpiewaka i został nim, głos miał i ma piękny. Śpiewał krótko w zespole „Warszawa”. Później w Operze Warszawskiej i operze objazdowej. Zwiedził kawałek świata. Kiedyś pani Hanna poprosiła Stasia, żeby zaśpiewał. Recital odbył się w stołowym przy fortepianie. Zachwyt był niekłamany. Co śpiewał, nie pamiętam. Mógł doskonale wykonać i znane arie operowe (tenorów), i repertuar Jana Kiepury. Mnie bardziej podoba się głos Stasia niż Kiepury!
Wielkanoc 1948 w Zakopanem
Ciocia Hania w swoim dzienniku pisze między innymi: „Wyjazd na święta do Zakopanego był niezwykłym wyłomem w tradycjach stawiskowskiego życia”. To prawda. Ale chodziło o to, żeby odpocząć (szczególnie Jarosław) od gości i tego całego zamieszania w domu. Był to mój pierwszy wyjazd w góry. Spędziłem ten nadzwyczajny czas z ciocią Hanią, Jarosławem i Teresą. Dalej ciocia Hania pisze, „że w rocznicę śmierci Karola Szymanowskiego wybrałam się do kościoła parafialnego, ale Jarosław z Teresą i Wieśkiem poszli do «Księżówki», bo bliżej”. Potem w trójkę poszliśmy do Kuźnic, żeby wyjechać kolejką na Kasprowy. Tłum był taki, że zrezygnowaliśmy. Innym razem próbowaliśmy znowu pojechać na Kasprowy Wierch. I tylko dzięki temu, że Jarosław spotkał na stacji w Kuźnicach ówczesnego ministra transportu (?), pana Rabanowskiego, wylądowaliśmy na Kasprowym. Szybko i bez trudu.
Miło mi, kiedy czytam o obawach cioci Hani na temat rezurekcji. „W sobotę o szóstej pp. w kościele parafialnym była rezurekcja, na którą Jarosław wybrał się z Terenią i Wiesiem (zabranie Wiesia było najbardziej nieszczęśliwym ze wszystkiego pomysłem)”. Myślę, że ciocia Hania obawiała się, iż wybuchy petard w tej godzinie przy kościele przypomną mi wojnę i powstanie, że źle to przeżyję.
Mieszkaliśmy w „Lucylli” (co za nazwa), na którą ciocia Hania psioczyła, że buda. Dla mnie była piękna. I położenie dobre, blisko skoczni. Mogłem z okna swojego pokoju oglądać skoki narciarzy. Trochę jeździłem na nartach pod Krokwią. Bardzo bogaty w przeżycia był dla mnie rok 1948: Zakopane, obóz harcerski niedaleko Biecza, wycieczka do Krakowa i Wieliczki (w czasie trwania obozu), Konin, Kalisz, wycieczka szkolna do Wrocławia na wystawę Ziem Odzyskanych. Przy końcu roku „Druga moja szczęśliwa Wigilia na Stawisku” - tak zanotowałem w notatniku.
Cofnę się dla przypomnienia do poprzednich Świąt Wielkiej Nocy. Tak ciocia Hania pisze w swoich Dziennikach: „8.IV. 1947. Święta były znowu bardzo po stawiskowsku tradycyjne. Mały Wiesio spał w naszym pokoju na kanapie, co znowu przypomniało mi popowstaniowe miesiące, kiedy ciągle ktoś sypiał tu z nami”. W moim brulionie nie ma ani słowa o tej Wielkanocy. Nie wiem dlaczego. Dobrze, że ciocia Hania przypomniała mi i o moim spaniu na kanapie. „I, że tego dnia świątecznego Roman [Kołomec-ki] się upił i był zabawny, Irena Krzywicka schudła i przez to się postarzała, ale miła bardzo. Wanda Telakowska jeszcze jakaś większa i obfitsza niż zwykle”. Tak napisała w dalszej części wspomnień. Nieraz spotykałem te osoby na Stawisku. Słynne powiedzenie pana Romana, który lubił sobie golnąć: „U mnie wódki nie uświadczysz”.
Danuta Szaflarska
W tym czasie co my mieszkała również w „Lucylli” piękna Danuta Szaflarska. Po wielu latach spotkałem panią Danutę, już starszą panią, w bufecie przystudyjnym na Woronicza. Nie wytrzymałem i, przepraszając, zapytałem: „Pamięta pani pobyt w Zakopanem w «Lucylli»?”. Chwilę pomyślała o odrzekła: „Tak, pamiętam! Boże jak to dawno!”. Bardzo dawno! Ale było i jest co wspominać.
Gałczyński
Spacerując po Krupówkach, wstąpiliśmy, żeby napić się czegoś, do kawiarni „Kryształowa”.
Przy oknie samotnie siedział Gałczyński. Dziś, po sześćdziesięciu latach, mógłbym to okno pokazać. Dorośli o czymś rozmawiali, a ja się nudziłem. Po wielu latach doceniłem to spotkanie, a twórczość Gałczyńskiego stała się dla mnie piękna i bliska.
Helena Roj-Rytardowa
Mieszkałem raz u pani Heleny w najładniejszej i najstarszej części Zakopanego - Droga do Rojów. Pani Helena była piękną kobietą ale dla mnie starszą panią. Po kilkunastu latach chciałem sprawdzić, czy trafię, czy poznam jej dom. Trafiłem bez trudu i ogarnęło mnie wzruszenie. Przywitałem się z synem pani Heleny. Przy herbacie pokazał trochę pamiątek po matce. Kiedy miałem wychodzić, zapytałem: „Długo matka żyła?”. Odpowiedział: „Oj nażyła się, nażyła - miała 56 lat, jak umarła”. Na podwórku bawiła się kilkunastoletnia wnuczka pani Heleny, tak śliczna jak ona.
Druga Wigilia
Następna moja szczęśliwa Wigilia na Stawisku, była tak samo wspaniała, jak pierwsza. Pełna zapachów, niespodzianek pod wielką choinką nastrojowa i taka prawdziwa, jaką by się zawsze chciało przeżywać. Chyba wtedy „znalazłem” pod choinką prezent dla siebie od Mikołaja. Był to zegarek szwajcarski na rękę. Boże, jak się cieszyłem! Pamiętam, że gdy jechałem kolejką to specjalnie stałem, trzymając się lewą ręką górnej poręczy. I kiedy rękaw marynarki zsunął się, odkrywając zegarek, wszyscy mogli go podziwiać. Tak sobie myślałem - naiwny, ale dumny.
Rok 1948. Święta Bożego Narodzenia
Następnego dnia po wigilii na Stawisku pojechałem na dwa dni do siostry na Wolę. Mogłem pochwalić się nowym zegarkiem. Pierwszym, jaki miałem w swoim życiu. Na pewno byłem dobrze ubrany, pachnący, włosy posmarowane włoską bry-lantyną - plereza inaczej nie chciała się kupy trzymać. A na Woli jak na Woli, goło, ale wesoło. Bardzo lubiłem tam wpadać, na róg Bema i Wolskiej. Patrzyli na mnie, szczególnie Henia, jak na obrazek. Wiesiowi się powiodło, myślała sobie Henia. Powiodło się na pewno, i to dzięki tobie też siostro. Żyłaś tak, jak mawiałaś: aby dziś, a jutro jak Bóg da. Mnie Bóg nie opuszczał ani na chwilę. Nie musiałem się martwić, co będzie jutro. Dziś zaświtała w mojej głowie taka myśl, związana z egzekucją (miałem do tego nie wracać). Myśli Bóg: jemu daruję życie, on to doceni i nie będzie mnie zanudzał prośbami. I tak się dzieje. Dziękuję Bogu za każdy przeżyty dzień. Nie zanudzam go.
Przełom roku
Za chwilę skończy się rok 1948. Ciekawe, co będzie działo się w nadchodzącym roku. Koniec ferii siódmego stycznia. Z niechęcią myślę o tym, że trzeba iść do szkoły, nie lubiłem jej. Koledzy naigrywali się z mojej wolskiej gwary. Na szczęście wszystkich przewyższałem wzrostem i siłą. Dali mi spokój. Abym zbytnio na zadręczał się szkoła i nauką trzeba było szukać i wymyślać inne formy zajęcia. Mogło to być kino, teatr, książki, gołębie. Józio Zakrzewski na szczęście ciągle ze mną mieszka. Na początku roku byliśmy w Teatrze Polskim na Zakonie Krzyżowym. Do Janki Nowickiej przyjeżdżali koledzy z uczelni teatralnej. Nasz pokój był duży, toteż całe towarzystwo rozprawiało tu o swoich przeżyciach godzinami. Troje moich najbliższych, Marysia, Teresa i Józio, w połowie marca jadą do Zakopanego. Mnie zostało jechać do Warszawy na film Wielka nagroda. Oczywiście jak to ja, natychmiast „zakochałem się” w jednej panience z tego filmu - tak zapisałem w notatniku. Później, po wielu latach, już wiedziałem, że ta panienka to była Liz Taylor! W tym samym miesiącu z moim dobrym kolegą Jackiem P. wybraliśmy się do Teatru Polskiego na Pana Jowialskiego. Nie było trudności z biletami, kiedy kierownikiem literackim był pan Jarosław. A Teatr Polski był jedynym czynnym teatrem w zburzonej Warszawie. Zanotowałem jeszcze, że Jarosław i Teresa jadą do Palermo.
Widokówka
Palermo 27.IV.49. Kochany Wiesiu! Nie wiem co porabiasz bo moja żona nic o tobie nie pisze. Ale myślę, że święta zdrowo spędziłeś i że uczysz się arytmetyki i francuskiego i że myjesz się starannie! My z Teresąjuż pojutrze zawracamy w powrotną drogę, ale jeszcze na parę dni zostaniemy w Rzymie. Całuję cię mocno Jarosław.
Z nauki języków nic nie wyszło. Trochę francuskiego w podstawówce, a w liceum angielski - też krótko.
Na początku mojego życia na Stawisku kilka razy było tak, że ciocia Hania i Jarosław, rozmawiając przy stole, przechodzili z polskiego na francuski. Ciekawym, czego to nie mogłem usłyszeć. Albo lepiej żebym nie usłyszał.
Zostały jeszcze trzy miesiące 1949 roku. Jeszcze coś się zdarzy. Koniec września, notuję: „Najmłodsza córka p. Jarosława p. Teresa wychodzi dziś za mąż za pana Markowskiego, a trzeciego października wyjeżdża z mężem do Kanady”. Pamiętam ten wyjazd. Odczuwałem wielki smutek. Lubiłem przesiadywać u Teresy w jej narożnym pokoju. Z jednego okna widać podwórko, a z drugiego drogę do bramy i cmentarz zwierząt pod wielkimi dębami.
Później przeżyję coś gorszego. Marysia i Stach się rozejdą. Było mi bardzo źle, jakby to mnie spotykało. Myślałem, że takie Stawisko, jakie zastałem, z jego mieszkańcami, zwierzętami, przyjaciółmi, będzie niezmiennie trwać. A tu coraz częściej przychodzi pisać w czasie przeszłym. Ktoś odchodzi, ktoś umiera, ktoś się żeni i też odchodzi.
Brwinów
Brwinów zaznaczył się w historii Stawiska i w mojej pamięci. Przepołowiony koleją, z pięknym starym parkiem, z kościołem, w którym tyle się działo. Kilkanaście marnych domków przy rynku, byle jakie kino i oczywiście w widocznym miejscu knajpa „Pod grzybkiem”. W niej toczy się akcja opowiadania Wzlot. Jarosław czytał nam fragmenty rękopisu.
Mam rower. Jeżdżę do pani Piotrowskiej, matki Szymka, do jej sklepu mięsnego po zamówienia. Była miła i miała coś z mojej matki. Może dlatego, że chciałem tak to widzieć. Matka! Nie zagojona rana po jej stracie i ciągła tęsknota za nią.
W Brwinowie mieszka i pracuje pani doktor Tarwidowa. Leczy nas, a jeśli trzeba, to przyjeżdża na Stawisko do chorego.
Na cmentarzu brwinowskim co rusz przybywa krzyży. Znaki bliskich nam osób.
Rymowanki
Parandocha mnie nie kocha - mówił Jarosław o Irenie Paradowskiej. A u Spissa głowa zwisa (Spiess Stefan) - Jarosław.
Najpierw PIW, a potem PAF (po nominacji Balickiego (?) na dyrektora PIW-u) -Jarosław.
„Literaturnaja gazeta” nadaje się do klozeta - Jarosław. Dostawał tę gazetę pocztą, wędrowała przez połowę Europy zwinięta w twardy rulon, papier szary, druk drobny. Nie rozpakowana kończyła w koszu na śmieci pod biurkiem.
Zgrzyt
Któregoś roku w letni dzień pojechałem na Wolę do mojej kochanej siostry Heni. Było to przed moim pójściem do wojska. Ile miałem lat - 18, 19? Lubiłem wpaść na róg Bema i Wolskiej, tam gdzie w jednym pokoju mieszkała Henia. Już wyglądałem lepiej. Dobrze ubrany, kolorowo, czysto, pachnąco, z pieniędzmi. Imponowałem. Bo oni na tej Woli ciągle w biegu, z zadyszką po pijaku. Życie z dnia na dzień. I aby dziś, a jutro jak Bóg da. A więc jestem strojniś, ale nie zadufany w sobie. Kocham ich. Patrzą na mnie z zadowoleniem i dumą. Boj a tam w pałacu na Stawisku u „kochanego pana Jarosława” - jak mawia Henia, wygrałem los na loterii. Siedzimy przy okrągłym stole (zabrany z ulicy Wiejskiej), na którym jest zagrycha i pół litra z czerwoną kartką. Popijamy: Henia, jej mąż Edek, ja i ona - siostra cioteczna. Jest tak miło, że nie chce się wracać. Na Stawisku wiedzą gdzie jestem, nie będą się martwić. Ona siedzi koło mnie - młodziutka, jasne, niemal białe włosy, oczy - jakie oczy? - chyba niebieskie. Jest jak trzeba. Jesteśmy młodzi. Jest nam wszystkim dobrze. Czysta z czerwoną kartką (a może niebieską) zrobiła swoje. Wiem, że ona też nie spieszy się do domu (nie wiem, czy jakiś ma). Zrobiło się za późno, aby złapać ostatnią kolejkę. I zostaję. Trochę się trzeba obmyć zimną wodą nad żeliwnym zlewem. Potem się w niego wysikać. Henia robi porządki na stole. Wywala pety i puste butelki. W pokoiku dwa wąskie łóżka oddziela ten centralny mebel - okrągły stół. Czekam, co będzie dalej. Idziemy spać. Małżonkowie na jednym, a mnie z n i ą „kładą” na drugim łóżku. Jestem bardzo zażenowany, ale i radość, że położę się za chwilę blisko niej. I co dalej?! A dalej tak, jak natura podpowiedziała: kochajcie się póki czas. Jesteście tacy młodzi. Nie będzie dla was istniało pojęcie „straconej nocy”. Światło zgasło, „starzy” leżą i udają że już śpią. Ledwie słyszalnym szeptem ona, obejmując mnie, mówi coś (może pyta?). Wydaje mi się, że zrozumiałem znaczenie tego, co ona powiedziała, i odpowiadam: a ja nie. Rozmyślając nad tą zagadką doszedłem po latach do przekonania, że ona po prostu powiedziała: Kocham cię! A co ja usłyszałem? Już dziś nie wiem. Nie było drugiego razu, nie było sprostowania, rozstaliśmy się, a ona pozostała z tym moim „A ja nie”.
O świcie koła pierwszego tramwaju numer 11 skręcającego z ulicy Wolskiej w Bema zazgrzytały przeraźliwie, budząc mnie. Szybko wyszedłem, aby już nigdy jej nie zobaczyć. Na Stawisku zauważono niebieskie cienie pod moimi oczami.
W wojsku dowiedziałem się z listu od kogoś z Woli, że Lodzia nie żyje. Zazdrosny mąż pociął jej twarz brzytwą. Wykrwawiła się na śmierć.
A życie trwa...
Na początku stycznia 1950 roku sensacja wśród mieszkańców Stawiska. Kto mógł, jechał do Warszawy do kina „Palladium” na premierę filmu Czarci żleb. Dzieje się to w naszych górach, jest wątek sensacyjny. Ale najważniejsze, że jedną z głównych ról gra Stach Włodek. Bardzo przystojny, w mundurze oficera polskiego. „Film bardzo mi się podobał, bo miał ładną treść i pan Stach ładnie grał” - zanotowałem na gorąco. Tuż po swoich urodzinach pan Jarosław wyjeżdża na dłuższy czas do Rzymu. Spotka się tam z córką. Podczas nieobecności gospodarza na mnie spada obowiązek (spełniam go z dumą i satysfakcją) opieki nad całym domem. Wieczorem sprawdzałem, czy drzwi wejściowe są dobrze zaryglowane, a okiennice dokładnie zamknięte. Jedyne światło to księżyc, który czasami rozświetli mój pokój. Pieski czuwają nocą. Jest bardzo cicho. Przez okno widać tylko drzewa. Przejeżdżająca ostatnia kolejka zagwiżdże na dobranoc.
W połowie czerwca szkoła moja organizuje wycieczkę nad morze. Pierwszy raz widzę niewyobrażalny ogrom wody. Jeszcze jedno piękne przeżycie. Wycieczka kończy się po ośmiu dniach. Zaraz zaczynają się wakacje i pożegnanie starych murów szkoły na zawsze. Cieszę się, że mam podstawówkę już za sobą. Z czego to się cieszyć. Na stare lata z łezką w oku będę wspominał klasę, boisko, salę gimnastyczną w baraku. Miłą naszą wychowawczynię, panią Fijałkowską. Gdy czytaliśmy na zmianę Pana Tadeusza, zasypiała, zmęczona, przy swoim stoliku. Siostra pani Fijałkowskiej nazywała się inaczej - chyba Mickiewicz. Śmieszne było to, że w jednej kwestii, o której wiedzieliśmy, nie były zgodne. Jedna z nich twierdziła, że zdrowiej jest wypróżnić się wieczorem, a druga upierała się, że rano. Inna nauczycielka (bardzo stara panna) kochała się w kierowniku szkoły. Kiedy wchodził do klasy to ona, przejęta, łamiącym się głosem, wydawała komendę „powstać”. Starania jej i wychodzenie ze skóry nie poszły na marne. Została żoną pana kierownika.
W powiecie ogłoszono dla szkół konkurs rysunkowy. Tematem była ludzka praca. Coś tam narysowałem czy namalowałem. Najlepsze prace były wystawione w jakiejś sali w Grodzisku. Dostałem nagrodę! Inny mój obrazek (jeszcze przed konkursem) malowany akwarelami na lekcji rysunków. Przedstawiał palące się domy w czasie powstania warszawskiego. Musiał się podobać, bo już oprawiony w ramkę za szybką wisiał w gabinecie kierownika szkoły. Ho! Ho!
W końcu czerwca zapisuję się do liceum w Warszawie. Szkoła ma obiecującą nazwę: Państwowe Liceum Techniki Teatralnej. Trzeba czekać do września, czy zostałem przyjęty. Tymczasem najlepszy czas - wakacje. Na początku sierpnia letni mój pobyt w Zakopanem. Szczegóły pobytu zapisane w zeszycie - zaginęły. Szkoda. Nawet nie pamiętam, gdzie mieszkałem, może w „Kolibie”, na Kościeliskiej. Kiedy już byłem w domu po powrocie z Zakopanego, wieczorem 20 sierpnia przyjeżdża z Kanady Teresa. Czterech chłopców: Jarosław, Józio Zakrzewski, Józio Krawczyk i ja wyjeżdżamy do Brwinowa po nią furmanką. Bardzo cieszyłem się z jej przyjazdu.
W połowie września pierwsze zajęcia w nowej szkole. Trzeba wcześnie wstawać. Kolejką do Warszawy jedzie się około 45 minut. Ale co tam, jest się młodym. A w klasie mojej dużo ładnych i bardzo ładnych koleżanek. Za chwilę kończę osiemnaście lat. Codziennie jestem inaczej ubrany. Przynajmniej krawaty muszą być często zmieniane. Zaczną się prywatki, „fajfokloki” w „Kameralnej”. Potańcówki na dechach. Dziewczyny garną się do tańca. Kto pamięta taniec wymyślony przez młodzież, nazywany „Heine-Medina”? Był okropny i krótko, na szczęście, trwał.
Dbam o siebie. Woda kolońska i brylantyna na pierwszym miejscu, pod ręką Kupuję od czasu do czasu jakiś ciuch na bazarze Różyckiego. Później zamówię u szewca pantofle na słoninie - największy krzyk mody. Nauka na drugim miejscu. Niestety. Teraz to rozumiem, ale gdy ma się osiemnaście lat... W kolorowe piórka się obrosło, myśli o samych przyjemnościach. To jak to pogodzić. Nie da rady.
Wycinek z gazety
Kiedyś znalazłem na swoim biurku wycinek z „Ekspresu Wieczornego”. Były to czasy, kiedy chętnie bawiłem się na fajfach np. w „Kameralnej”. Jarosław podrzucił mi ten wycinek, ale wiem, że raczej dla żartu, bo treści tego artykułu nie traktował poważnie. Zostawiłem go na pamiątkę. A oto co pisze gazeta:
Nocne lokale i dancingi nie są dla młodzieży szkolnej, której trzeba dostarczyć pożytecznych i kulturalnych rozrywek.
Opinia publiczna nie może spoglądać obojętnym okiem na niesforne a nawet nieobyczajne zachowanie się pewnej grupy młodzieży studenckiej.
Urządzane przez ZMP i Dyrekcję okręgową szkół zawodowych kontrole lokali restauracyjnych z wyszynkiem wódki i lokali nocnych wykazały, że niestety stale uczęszcza do nich młodzież szkolna w wieku 17 do 20 lat. Są to w przeważającej liczbie uczniowie, a nawet uczennice szkół zawodowych.
W restauracjach Bristol, Kameralna, Polonia czy w Paradisie, w pewnych godzinach można spotkać stale te same grupki młodzieży zachowującej się bardzo krzykliwie. Młodzież ta płaci czasami bardzo duże rachunki, na których pokrycie nie wiadomo z jakich źródeł czerpie pieniądze. Zachodzą wypadki kompletnego upijania się młodzieży.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę, aby młodzież nie uczęszczała do tego rodzaju lokali. Kierownictwo restauracji i dancingów powinno otrzymać instrukcje o nie wpuszczaniu młodzieży szkolnej do lokali w godzinach wieczorowych. Przedstawiciele Rad Narodowych wraz z komitetami rodzicielskimi muszą przeprowadzać częste kontrole w lokalach gastronomicznych w swoich dzielnicach. Należy również zabronić sprzedaży wódki w restauracjach i barach młodzieży w wieku szkolnym. W razie oporu ze strony młodzieży i w razie nieodpowiedniego zachowania się kierownicy lokali powinni wzywać przedstawicieli MO.
Wszystko kończyło się na pobożnych życzeniach, tak jak wiele innych planów, zamiarów, obiecanek, które kończyły się tego dnia, kiedy pojawiły się w gazecie. A młodzież dzisiejsza niech wie, jak władza ludowa dbała o jej moralność.
W Błędomierzu
Teraz będzie trochę górnolotnie. Przeżyłem wielką przygodę. Ale od początku. We Wrocławiu szykowano premierę sztuki Jarosława W Błędomierzu. Podróż miałem podniebną leciałem nad moją ojczyzną, a przelatując nad Stawiskiem, widziałem moje okno na poddaszu. Byłem w niebo wzięty! Pierwszy lot samolotem był naprawdę dużym przeżyciem. W teatrze wrocławskim byłem dwa razy. Raz na próbie generalnej - też ciekawe. Jarosław podpowiedział jednemu aktorowi, że gdy będzie wychodził na scenę, niech wyjmie z kieszeni grzebień i poczesze swoje bujne włosy. To było podpatrzone u mnie. Ciągle czesałem i układałem w jaskółkę swoją plerezę. Premiera wypadła znakomicie i obejrzałem całą sztukę z zainteresowaniem. Później był wyśmienity obiad u państwa Wiercińskich. Ona reżyserowała sztukę.
W tym czasie mieszkali we Wrocławiu Kuświkowie. Wtedy ich poznałem, żył jeszcze Janek, ich syn, mój rówieśnik. Bardzo miły. Miał już żonę i chyba dziecko. Janek jakoś wcześnie rozstał się z tym światem.
Na zakończenie tej przygody teatralnej byłem z grupą aktorów na dancingu. Przydałyby się szczegóły, co się jadło i piło i pod jaką muzyczkę tańczyło. Ale przepadło. Trochę to jak rozkład jazdy. Znasz godzinę odjazdu, kierunek, ale nie wiesz, co cię tam na końcu czeka. I czy to wszystko zapamiętasz, czy przepadnie. Czasami dobrze, że o czymś się zapomniało.
Polesie
Najbliższe dla nas, dla Stawiska, było Polesie. Był tam przystanek kolejki EKD. Z Polesia trochę ludzi pracowało na Stawisku. W ogrodzie, na podwórku i w samym domu. Chyba z Polesia przychodziła do pracy w domu młoda dziewczyna. Była piękna jak marzenie (a może tak mi się zdawało), że na jej widok serce mocniej zaczynało bić. Zapamiętałem taki dzień. Ktoś puka. Otwieram, a to ta śliczna (jak miała na imię?). Przed sobą trzyma kilkanaście uprasowanych moich koszul. Ledwie widać jej twarz spoza tej sterty.
Kiedy chorowałem na świnkę, przynosiła mi na tacy jedzenie. Ale tylko pukała, zostawiając tacę przed drzwiami na krześle. Co się z tobą teraz dzieje, piękna? Może lepiej nie wiedzieć. Minęło tak bardzo dużo lat.
Turczynek
W najbliższym sąsiedztwie Stawiska, tuż za miedzą, znajduje się Turczynek. Dwa wielkie pałace, zabudowania gospodarcze, park. Ten pałac bliższy zobaczyliśmy z Henią kiedy szukaliśmy Stawiska. Gdy pałace zabrano właścicielom, zaraz „zadomowiła” się w nich młodzież socjalistyczna w czerwonych krawatach. Kiedyś zwróciłem uwagę grupie „Młodej Gwardii”, że nie depcze się zboża, bo z niego będzie chleb. Było to na naszym terenie. Powiedziałem; „Panowie, tak nie można”. „Panowie wyjechali do Londynu” - odszczekali. Może i mieli rację. Panów jakoś nie widać i nie słychać, za to zaroiło się od chamów i prostaków.
W latach pięćdziesiątych powstał tam szpital. Był również oddział gruźliczy. Ktoś tam ze znajomych umierał na suchoty, jak dawniej mówiono. Ten ktoś, gdy już wypluwał resztki płuc, kiedy było za późno, krzyczał, że chce żyć.
Milanówek
Lubiłem tam jeździć kolejką czy furmanką. Był targ. Liczna rodzina Włodków mieszkała w dużej willi. Bywałem u nich. Piękne stare drzewa. Prawie wszystkie ulice wysadzone drzewami morwy. Kino, ale już przyzwoitsze niż to w Podkowie.
Kiedyś pani Wanda Iwaszkiewicz (później Bogatyńska) zafunduje mi seans w kinie. Obejrzeliśmy jakiś film. Bardzo lubiłem panią Wandę. Była miła, ciepła i tak śmiesznie „zaciągała”. Niektórzy panowie podkochiwali się w niej. Była tego warta. Już dawno nie żyje, niestety.
Henia
Uwielbiała Jarosława. Inaczej o nim nie mówiła jak „kochany pan Jarosławcio”. Chyba nikt z bliskich tak do niego nie mówił. Kiedy jeszcze istniały „Nowiny Literackie” na Marszałkowskiej, sprzątała niedużą redakcję za pensję. Prywatnie pitrasiła Jarosławowi na drugie śniadania różne mięsiwa. Później sprzątała mieszkanie na Szucha. Część zajmowała Marysia, a część Jarosławowie. Henię któregoś dnia odwiedził syn, podwędził czyjeś nieduże pieniądze. Henia była tak tym wstrząśnięta, że to stało się w mieszkaniu pana Jarosława, że doniosła o tym fakcie milicji. Nie wiem, co było dalej. Syn Heni na pewno swoje odsiedział.
Jarosław nigdy niczego mi nie odmówił. Henia, która chorowała i leżała w szpitalu na Kasprzaka, zapragnęła, aby pan Jarosław ją odwiedził. Poprosiłem go w imieniu Heni. I któregoś umówionego dnia przyjechał samochodem. Czekałem przed głównym wejściem. Nigdy nie widziałem Heni takiej szczęśliwej, kiedy z Jarosławem spacerowali pod rękę głównym korytarzem szpitala. Była dumna, że wszyscy jąwidzą z kimś takim. Może w skrytości myślała sobie: „Jak mnie lekarze zobaczą z panem Jarosławem, lepiej się mną zaopiekują i uratują”. Umarła na nowotwór w swoim mieszkaniu na Miedzianej.
Julian Stryjkowski
Wycieczka do Krakowa samochodem Jurka Lisowskiego. Jarosław, Stryjkowski, Baranowska i ja. Jurek prowadzi swojego Citroena. Kiedy przejeżdżamy przez któreś z kolei małe miasteczko, Stryjkowski zauważa: „Miasteczko jak ziewnięcie”. Z Dzienników dowiaduję się, że będąc z Jarosławem we Włoszech, dołożył ze swojej kieszeni pieniądze na kąpielówki dla mnie, bo Jarosławowi zabrakło forsy. Teraz, kiedy zapalam znicz na grobie Bogdana Wojdowskiego, zapalam również na grobie pana Juliana. Za te kąpielówki. I nie tylko. Bardzo go lubiłem. Był miły i dowcipny. Kiedyś ktoś zapytał, ile ma lat, Stryjkowski na to: „Jak to ile, tyle co wszyscy”.
Spacerując kiedyś z moim synkiem gdzieś na tyłach sejmu, spotkaliśmy siedzącego na ławce pana Juliana. Przysiedliśmy się. Stryjkowski zaczął rozmowę z moim synem. Była mowa o budynkach, ich wyglądzie, dlaczego niektóre są brzydkie, inne nie. Zapamiętałem ostatnie zdanie skierowane do mojego Michała: „Bo wiesz, syneczku, stare domy ładnie się starzeją a nowe brzydko”.
Drobiazgi świąteczne
Było to przed Świętami Bożego Narodzenia. Jarosław postraszył dzieci stawiskowskie, że choinki nie będzie w tym roku, bo Gomułka zabronił.
Druga rzecz, poważniejsza, także związana z Bożym Narodzeniem. Ktoś nagle woła: „Słuchajcie, słuchajcie, Polskie Radio nadaje kolędy!”. Toż to była sensacja!!
Będąc za granicą Jarosław kupił kilka bombek na choinkę. Kiedy przyszło do ubierania świerku, a dzieci i młodzież oczywiście byli przy tym, nagle jedną z tych bombek na naszych oczach rzucił o podłogę. Jakie było nasze miłe zdziwienie, kiedy bombka podskoczyła jak piłka i nie stłukła się.
Warkocz Jesieni
Pamiętam spacer przed moim pójściem do wojska. Na rogu Freta i Długiej Jarosław pokazał mi najmniejszy dom mający swoją hipotekę. Mieści się w nim tylko kiosk ruchu. Pokazywałem go później swoim dzieciom jako ciekawostkę. Jesienią 1952 roku - było nie było - trzeba iść, z ciężkim sercem, do „woja”. Źle przeżyłem ten wyrwany czas z mojego życia. Nim się mogłem nacieszyć Stawiskiem, już z dnia na dzień życie moje staje się szare, nudne, upokarzające i pełne tęsknoty za domem. W notatniku odnotowałem ten czas w kilkunastu zdaniach. Gdyby nie zapis całkowicie bym o wszystkim zapomniał. I dobrze!
Z wiadomych względów nie miałem w koszarach mojego brulionu do notatek. Listy wysyłane do domu numerowałem. Skromne zapiski, wywołane pogardą do ówczesnego wojska, powstały już w domu. Dodam, że najbardziej radosne były odwiedziny bliskich, ale ich odjazdy były dla mnie straszliwym, bolesnym przeżyciem.
Na zasłużonych, a może wymuszonych przepustkach byłem dwa razy. Jedną pamiętam, bo Jarosław zaprosił Wandę Koczewską i mnie na obiad do „Krokodyla”. Jarosław bardzo lubił i cenił Wandę. Wiedział, że kocham się w niej bez opamiętania. Chciał nam sprawić kilka szczęśliwych chwil w tej restauracji. I udało się, nie ukrywam.
Jedyny pożytek, mam nadzieję, to około 250 listów, które napisałem z koszar do domu. Mój opiekun często swoje listy do mnie kończył jak na końcu wiersza, tylko już samymi literami M.M.M. W jednym z listów rozwija znaczenie tych trzech wyrazów:
Chciałem kiedyś, abyś był miły, mądry i mężny. Teraz już o tym nie mówimy. Mądry to znaczy wyrozumiały, kochający, mądry mądrością serca - i to nie dla mnie, ale przede wszystkim dla ludzi... Mężny to znaczy otwarty, szczery, nie lękający się swego zdania... Mężny to znaczy brzydzący się kłamstwem.
Powrót
Stasio przed zwolnieniem mnie z wojska przyjechał z moimi ciuchami. Jak dziwne wydawało mi się ubranie cywilne i my w swoich marynarkach. Wieczorem ruszyliśmy pociągiem do Warszawy. Ten Kępiński, „bliski klasowo, niepewny politycznie” (tak napisano w moich aktach osobowych), wreszcie miał za sobą dwadzieścia trzy miesiące wegetacji.
Co zapisałem pod datą 22 X 1954:
Przyjechałem do domu wcześnie rano. Szedłem z Brwinowa ze Stasiem z ciężką walizką i w niewygodnych butach. Na nic jednak nie zważałem, bo myślami jestem już w domu - żeby jak najprędzej być tam. Jak mnie przyjmą? Gdy przekroczyłem furtkę, kiedy zobaczyłem zarośnięty staw tatarakiem i trzciną, dom Głodkowskiego, znajome drzewa i ścieżki i gdy wreszcie ujrzałem na wprost siebie, na końcu alei lipowej dom poczułem wielką radość.
Za chwilę inne myśli. A może nikt na mnie nie czeka? Psy nie szczekają, przez okno nikt nie wygląda. Dom wydał mi się jakby mniejszy i robił wrażenie (chwilowe na szczęście), że nikt w nim nie mieszka. Dalej zapisałem taką myśl: „Na Stawisku oczekiwało mnie bardzo przykre życie”. Skąd takie myślenie i przewidywania. Diabli wiedzą! Trzeba dać sobie z tym wszystkim, z takimi myślami, spokój. Ale jak? Pierwszą niedzielę spędziłem w domu. „Łaziłem z przyjemnością po Stawisku i po wszystkich pokojach, nie dowierzając, że już jestem tu i że nie muszę wieczorem odjeżdżać do koszar”. I co dalej robić? Chwytam się różnych pomysłów, które przy moim usposobieniu nie zamieniają się w nic stałego i rozsądnego. Wiesław to jak ta powracająca fala - mówiono - co chwila co innego. Jakoś to będzie - to moja dewiza. Żeby nie było za dobrze, tego dnia po śniadaniu Teresa z Magdusią odlatują do Kanady. Odprowadzają: ciocia Hania, Jarosław i ja. Śliczna Magdusia przez całą drogę samochodem bacznie mi się przygląda. Tym samym samolotem odleci grupa aktorów francuskich na czele z samym „Fanfanem Tulipanem” (Gerard Philipe).
Tymczasem zbliżała się pora na obiad, który zjedliśmy w „Kameralnej”. I powrót na Stawisko.
Stary fortepian
Nie tylko służył do grania. Jeśli było przyjęcie dla większej liczby osób, młodzież nawet chętnie zajadała i popijała, stojąc przy fortepianie. Wystarczyło nabrać wszelkiego dobrego na talerz i bez krępacji opychać się przy nim. Trzeba tylko przeprosić panią Messalkę i pana Szymanowskiego, przesuwając ich zdjęcia jak najdalej od naszych talerzy. Dobrze czuliśmy się w ich towarzystwie. To były najmilsze chwile. Te wyżerki na klapie fortepianu, tuż pod wspaniałym dębem na obrazie Pojedynek. Kiedyś z jakiejś okazji zagrała kilka utworów pani Barbara Hesse-Bukowska. Przedtem stroiciel doprowadził instrument do czystego brzmienia. Jarosław, gdy go poprosiłem, grał mi walc Brahmsa As Dur opus 15. Lubię tę melodię. Na u W i M uczyłem się grać jednym palcem, i to kawałek, kilka nut. Bardzo chciałem nauczyć się grać na takim wspaniałym instrumencie, ale nie wyszło. Dziś stary fortepian stoi w kącie salonu, a jego miejsce w stołowym zajął nowy, lśniący, młodszy. Staruszkowi białe klawisze pożółkły jak zęby u starego konia. Nie stawiają już na nim zdjęć Messalki, Rubinsteina, Szymanowskiego, królowej belgijskiej i Reny Jeleńskiej. Mam nakwiększą sympatię do tego starego. Ale takie jest życie, jak z ludźmi starymi odstawionymi na boczny tor. Boję się takich myśli.
Królowa Elżbieta Belgijska
Od połowy marca zapisuję wszystko, co jest związane z przyjazdem królowej do Polski. Ciocia Hania i Jarosław towarzyszą królowej podczas koncertu w filharmonii. Trudno uwierzyć, że królowa goszczona jest w komunistycznym kraju. W domu, po obiedzie (Dlaczego po obiedzie? Bo lepiej się myśli!) odbywa się narada na temat ewentualnego przyjazdu królowej na Stawisko. Zaczynają się wielkie emocje. Będzie czy nie będzie? Jest dobra wiadomość: będziemy gościć królową na Stawisku! Trudno to sobie wyobrazić. Tymczasem królowa pod opieką Jarosława spędza dwa dni w Krakowie. Mnie udało się być na koncercie finałowym Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego.
Słyszeliśmy od Jarosława, który cały czas towarzyszył królowej, że Elżbieta Belgijska, idąc schodami filharmonii, bardzo je sobie chwaliła, że takie wygodne, a słuchając koncertu, nie poruszyła się ani razu. Co znaczy wychowanie dworskie, królewskie. Jarosław musiał ją polubić, bo wspominając Jej Królewską Mość, mówił: Elżunia.
Cztery dni trwają porządki i to wszystko, co będzie konieczne na godne przyjęcie gościa. Do porządku, sprzątania, przemeblowania itp. zatrudnionych jest dziesięć osób. Dom dawno nie był tak dokładnie wysprzątany. Przydało się, i to bardzo. Przy tym całym zamieszaniu i pośpiechu zdarzył się wypadek. Stasio, mój brat, spadł z drabiny wprost na poręcz schodów w holu. Myśleliśmy, że połamał sobie żebra, ale na szczęście nie. Niestety musiał kilka dni przeleżeć w łóżku i nie widział całych tych późniejszych wspaniałości. W domu ja jestem „głównodowodzącym”, a Stach Włodek w Warszawie załatwia, a potem zwozi zastawę i inne szkła z Muzeum Narodowego, i jakieś fotele, dywany z Desy na Marszałkowskiej. Oczywiście wina, wódki i wiktuały. Mistrz Kucharski czeka na swój czas. Po trzech dniach przyjeżdża Jarosław. A następnego dnia moi opiekunowie sana kolacji w Ambasadzie Belgijskiej. Chciałbym to widzieć.
Kucharski rozpoczyna swoje dzieła kulinarne - jest 19 marca, sobota. Dwudziestego pierwszego w południe zacznie się! Jeszcze tego dnia od rana ostatnie prace, sprawdzenie każdego szczegółu. Trzeba się na koniec umyć, ubrać jak najlepiej, może nawet wypić coś mocniejszego dla odprężenia. Gospodarz co i rusz zagląda do kuchni, gdzie pan Kucharski uwija się, ale bez paniki. Jest w swoim żywiole. Kobiety z podziwem, aby tylko nie przeszkadzać, podglądającego pracę. Dla mnie najciekawsze jest powstawanie sękacza. Jak to wszystko, po tylu latach, przenieść na papier. Wszystkie osoby wyznaczone do obsługi wiedzą dobrze, co i jak i kiedy ma być. Za chwilę zacznę swój reportaż i zapiszę na gorąco w swoim „cuaderno” (brulion). „Cuaderno” stukartkowy przywiózł mi z Argentyny Jarosław. Kiedyś miało się tylko wieczne pióro i zeszyt. A tak przydałby się wtedy dobry magnetofon i kamera. Ale to nie te czasy co dziś.
Około godziny dwunastej mamy wiadomość, że królowa jest w Karolinie w zespole „Mazowsze”. Punktualnie o godzinie dwunastej czterdzieści pięć przed dom zajeżdżają cztery czarne limuzyny. W drugiej siedzi królowa. Już po chwili witamy ją i osoby towarzyszące przy szeroko otwartych drzwiach. Dzieci wręczają kwiaty, a ja witam Królową Elżbietę po staropolsku - chlebem i solą. Królowa idzie na pierwsze piętro do pokoju dla niej specjalnie przygotowanego, na poprawienie toalety. W tym zasie w gabinecie przy drzwiach zamkniętych są zaproszeni goście. Jak królowa będzie wracała, drzwi do gabinetu zostaną otwarte i nastąpi powitanie. Po chwili roznoszone jest wino białe i czerwone. Na poddaszu przygotowane są napoje mocne i inne oraz przekąska dla oficerów polskich służących jako obstawa królowej, jej najbliższych dam i marszałka dworu. Asysta dała sobie mocno w gaz. Ale po przyjęciu muszą być trzeźwi. I na to jest rada - specjalne pigułki, które połykają natychmiast, stawiają ich na nogi.
Przyjęcie się przeciąga. Królowej nie chce się wstawać od stołu, co najlepiej świadczy o dobrym nastroju. Trochę gości rozeszło się po domu. Jarosław z królową jeszcze siedzą przy stole i rozmawiają. Usiadłem naprzeciw nich. Gospodarz mówi o mnie i moich przeżyciach. Królowa co chwila na mnie zerka, poważna. Przy pożegnaniu długo ściskam dłoń królowej. Jeszcze tylko królowa zrobi nam stojącym przed domem kilka zdjęć i samochody odjeżdżają. I tak skończył się jeszcze jeden ciekawy dzień w „moim Stawisku”.
Po kilku dniach doręczono duże zdjęcie z dedykacją. Stoi do dziś na fortepianie w towarzystwie innych osobistości. W połowie kwietnia przyszedł list od królowej do gospodarzy Stawiska. Wszystko wróciło już na swoje miejsca. Zostały wspomnienia, których nigdy nie zapomnę.
Przeprowadzka
W maju przenosimy się ze Stasiem z poddasza na parter. Jest w czym wybierać. Pokój wielki, narożny z oknami na dwie strony ogrodu, łazienka. Jedne drzwi wychodzą na holi, drugie do łazienki, która jest przejściowa. Jak się wyjdzie drugimi drzwiami, zaraz jest kuchnia i moja ulubiona spiżarnia, z obrzydliwym tranem.
Łazienka na piętrze, przy sypialni moich opiekunów, ma czworo drzwi i okno! Jarosław naśmiewał się z tego architektonicznego dziwoląga mówiąc: „Gdzie jest na świecie taka druga? Nigdzie! Tylko na Stawisku”.
A na poddaszu zaczyna się przebudowa całego niemal drugiego piętra. Będzie z tego śliczne mieszkanie dla Markowskich. Pozostanie tylko nienaruszony pokój po Nowickich, Jance i jej matce, Anieli.
Jeszcze nie odczuwam żalu (zajęty Krysią) po moim pierwszym pokoju na górze. Będę kiedyś żałował go i wspominał skośne sufity, okno we wnęce, które widziałem, lecąc samolotem. Zimą gorący piec kaflowy, biurko, sroczkę, Azę i jeża, którego znalazłem w naszym lesie pod kupką zeschłych liści. Niedługo wrócił do siebie. Na parterze nie przyszło mi długo mieszkać. Coś wisiało w powietrzu, na coś się zanosiło i rwało. Wcześniej czy później wyfrunę z tego domu. Zamienię moje Stawisko, gdzie mogłem wybierać pokoje, o nic się nie martwić, na jeden mały pokój na Foksal. Ale to jeszcze nie teraz.
Macierzyństwo
Było to jeszcze przed ślubem. Ciocia Hania dowiedziała się, że Krystyna jest w ciąży i że chcemy się tej ciąży pozbyć. Rozmawiam z moją opiekunką na Stawisku, która stara się za wszelką cenę odwieść nas od tego zamiaru. Zapisałem słowa cioci Hani skierowane do Krysi: „Krystyno kochana, może to dziecko, które miałoby być wyskrobane i wyrzucone na śmietnik, będzie ślicznym i kochanym dzieckiem”. Po takich słowach poczułem się zdruzgotany, przejęty i wzruszony. Było mi wstyd, że o czymś takim pomyśleliśmy. Odstąpiliśmy od tego zamiaru. Ta moja mała córka będzie kiedyś przyjeżdżała ze mną na obiady stawiskowskie. I aby mogła sięgnąć do talerza Jarosław podkładał na krzesło pod jej pupę kilka tomów nut. Nazywał ją „ Rózia. Został ojcem chrzestnym. Po wielu, wielu latach (tyle się zmieniło przez ten długi czas) rodzi się (już w drugim małżeństwie) syn. Ciocia Hania pisze w liście do mnie, zaraz jak ten szczęśliwy dzień nastąpił:
Kochany Wiesiu!
Jarosław wróciwszy wczoraj z Warszawy przywiózł wiadomość o urodzeniu twojego syna. Wyobrażam sobie twoje wzruszenie i radość. Życzę, żeby zdrowo ci się chował. Mnie każde urodziny zawsze głęboko wzruszają bo los człowieka jest tak niewiadomy i to biedne nowonarodzone stworzenie nic nie (wie) na jaki okropny świat się narodziło! Mimo tej ponurej naszej „rzeczywistości” życzę twemu synowi, żeby miał życie piękne i szczęśliwe.
Pewno Lenka też cieszy się z braciszka (który mógłby właściwie być jej synkiem!) ona jakoś nic się do nas nie odzywa i nie pokazuje się - dużo serdeczności przesyłam. Anna
Kiedy odbywał się ślub, panna młoda dyskretnie zakrywała wiązanką kwiatów już widoczną ciążę. Ciocia Hania stwierdziła kiedyś: „Pierwsze dziecko jest najczęściej wcześniakiem”.
Na początku lipca bierzemy z Krysią ślub cywilny. Przyszła teściowa postawiła ultimatum: „Pozwolę Krysi jechać nad morze, ale jak weźmiecie ślub”. No to już bierzemy. Nie mamy mieszkania, ja nie mam pracy, ale ,jakoś to będzie”. Ślub kościelny wyznaczono na drugą połowę września. To się będzie działo! Po ślubie lecimy samolotem. Będziemy mieszkać u pana Boberka w Sopocie, blisko Grand Hotelu. Po dwóch 'godniach odlot do Warszawy. Zostawiam żonę na Foksal, a sam jadę na kolację do 'omu. Zanotowałem w notatniku: „W moim pokoju nie zastaję nic poza biurkiem szafami. Nie mam gdzie spać. Motor od wody zepsuty. Ciocia Hania z rozharataną ogą leży. Jarosław w Zakopanen. Na Stawisku ładnie poza tym wszystkim”.
Bogdan Wojdowski
Widywałem się z nim często. Kiedyś zadzwoniłem do Bogdana. Był akurat sam domu. Mieszkał z Marysią w Podkowie Leśnej Wschodniej. Zaprosił i w umówionym dniu się zjawiłem. Było lato. Wchodząc, zobaczyłem zdziwiony stół bogato ładnie zastawiony. Drzwi otwarte na ogród. Czas mija przy dobrej wódeczce i zakale. Na pożegnanie ofiarował mi swoją książkę Mały człowiek, nieme ptaszę, klatka świat z dedykacją: „Wiesiowi Kępińskiemu z serdecznym uściskiem dłoni, z naleją że jeszcze nie raz posiedzimy sobie przy wódeczce - Bogdan Wojdowski. /VII/75”. Nigdy już to nie nastąpiło. Zmarł tragicznie. Bardzo go lubiłem.
Z dziennika
Jarosław, będąc w Paryżu, w styczniu 1970 roku zanotował: „Boję się zapisków Szymka i Wiesia. Nie wiem, czy oni bardzo rozumieją”.
Pan Radosław Romaniuk w recenzji do moich wspomnień Sześćdziesiąty pierwszy pisze m.in. „Wiesław Kępiński pozostał wychowanym na Stawisku «chłopakiem z Woli» i barwne rozdziały jego wspomnień poświęcone dzieciństwu w przedwojennej Warszawie przepojone są czułością i rodzajem dumy. Dzięki temu w książce Kępińskiego możemy odnaleźć plastyczne obrazy, które z pewnością doceniłby wielki prozaik”. Nie było się czego obawiać (jeśli chodzi o moje zapiski), wielki znawco świata i ludzi.
Jarosław nigdy nie zapytał mnie, co ja zapisuję w swoim cuaderno, który przywiózł mi z końca świata. Jakby wiedział, że do czegoś ważnego mi się przyda. Obowiązywała dyskrecja. 1 wszystko, co Jarosław mi mówił, kiedy byliśmy sami, zostawało między nami. Byłem szczęśliwy i dumny, że ktoś taki jak Jarosław, zawierza mi swoje tajemne troski i zagubienia. Doceniłem to. Ile powie korespondencja moja z domem?
O nienarodzonym synu i chorobie cioci Hani dowiedziałem się właśnie od niego. Teraz to wszystko zostało już napisane i wydrukowane.
W jednym niedatowanym liście pisze do mnie: „Wiesz o mnie więcej niż ktokolwiek i znasz mnie lepiej niż kto inny”.
Póki pamiętam
Jarosław przebywa gdzieś za granicą. A na Stawisku okropność. Będą robić szosę, i to przez kawałek Stawiska. Staw zostanie za jezdnią. Poszedłem zobaczyć, jak to .wygląda. Widok straszny. Na szerokim pasie ziemi w jednym kierunku powalone drzewa i krzewy. Jechał jakiś buldożer przewracał i gniótł wszystko na swej drodze. Dla mnie to obraz jakiegoś kataklizmu, wstrząsający, widzę go do dziś. Może stąd sny takie, że Stawisko stoi między blokami, ulicami, że pełno obcych ludzi naokoło naszego domu. I pomyślałem: Co na to powie Jarosław, jak zobaczy przepołowione kochane Stawisko. Tymczasem Jarosław wraca do domu. Zaraz idziemy obaj zobaczyć tą przyszłą drogę asfaltową. Jarosław popatrzył spokojnie i powiedział: „Nawet nieźle, będzie bliżej Warszawy”. Zdziwiony odetchnąłem. Czy naprawdę nie przeżył tego tak jak ja?
Pewnego dnia Jarosław, wiedząc, że przyjadę na Stawisko, czeka na mnie w hollu na górze przed swoim gabinetem z młotkiem i gwoździem. Ja miałem dokonać tego czynu: wbicia sztyfcika, aby zawiesić zdjęcie w ramce. Jarosław nie potrafił. Rozumiałem doskonale taką sytuację. Jeden umie pisać pięknie, a drugi wbijać gwoździe w ścianę. Rozczuliła mnie ta scena.
Ciocia Hania cieszyła się, kiedy przyjeżdżałem. Cieszyła się bo Wiesio zrobi dobrą kawę na poobiedzie. Robić dobrą kawę nauczyłem się od cioci Hani właśnie. Innym razem, kiedy chorowała na wątrobę i jadła jakieś klopsiki bez smaku, gotowane w nieosolonej wodzie, musiała poodżywiać się czymś innym. Ja więc ukręcałem dla niej kogel-mogel. Kiedy był tylko jeden grejpfrut, dzieliła się ze mną, bo wiedziała, że je lubię. Kiedy jeszcze mieszkałem na Stawisku, a były imieniny cioci Hani, szedłem tego dnia po śniadaniu na łąkę, żeby narwać dla niej polnych kwiatów. Bardziej ceniła te nazbierane przez „małego Wiesia” niż kupione w kwiaciarni.
Gdziekolwiek byłem, pisałem listy na Stawisko. O jednym pisanym do cioci Hani wspomnę. Jestem w Mierzwicach nad Bugiem. Zachwycił mnie pewien widok, pejzaż z nad tej rzeki. Opisuję go w liście. Kiedy zobaczyliśmy się w domu, wspomniała ten mój list, mówiąc, że „tak to świetnie opisałeś, jakbym sama to widziała”. Był to dla mnie komplement. Przeczytałem we wspomnieniach Jurka Lisowskiego o cioci Hani jako świetnej tłumaczce. Jurek daje taki przykład: nie napisała tłumacząc np. „udał się na spoczynek” tylko „poszedł spać”.
18.9.1955
Dzień ślubu w Kościele św. Krzyża. Zacytuję bez poprawek to, co zapisałem w cuaderno:
Od samego rana na Stawisku szykuję się do ważnej roli pana młodego. Nic nie jem bo będę brał komunię. Piję tylko dużo czarnej kawy. Ubrałem się
w granatowy garnitur, czarne buty, białą koszulę i do tego srebrny krawat w paski. Wyglądam b. elegancko. Mam jeszcze godzinę do przyjazdu samochodu. O godz. 10.45 zajeżdża pan Wacław Kur (kierowca Komitetu Obrońców Pokoju; przy wymawianiu czy pisaniu jego nazwiska i imienia trzeba było pamiętać, żeby imię było przed nazwiskiem, broń Boże odwrotnie). Jedzie Jarosław z ciocią Hanią, dzieci i ja. W Warszawie akurat dożynki, trudno przejechać. Zostawiam całe towarzystwo pod kawiarnią Nowy Świat, a sam walę samochodem po wiązankę. Godzina 12.05 stawiam się u swojej narzeczonej na Foksal 13.
Żeby za bardzo nie rozwlekać, bo ślub jak ślub, będę skracał opis. Kiedy czekamy na dzwonek, aby ruszyć ku ołtarzowi, słyszę głos Jarosława, który stoi za nami „Krysiu, szanuj Wiesia, bo to dobry człowiek”. Stasio poprosił swoich kolegów i koleżankę z chóru Teatru Wielkiego, którzy przepięknie zaśpiewali pieśń Wszechpotężny. Przyjmujemy życzenia przed kościołem.
Pomyśleć, że w tym kościele chrzczono moją matkę. A działo to się w roku 1895, sześćdziesiąt lat temu. Po wizycie u fotografa wreszcie do domu. Mieszkanie zapcha-le, bo Henia z dobrego serca zaprosiła bez naszej wiedzy całą ferajnę (około 12 osób) Woli. Państwo młodzi muszą wchodzić przez okno, aby dostać się na honorowe liejsca. Dobrze, że to parter. Jarosław wznosi toast za młodych i przyjęcie trwa. astanawiam się, kto to wszystko zorganizował i kto za to wszystko zapłacił. Robota traszna przed i po weselu. A ja nic tylko wpatrzony w swoją piękną, jasnowłosą śmiejącą się żonę.
Opuszczam Stawisko
Jarosławowie wyjeżdżają do Paryża. Pamiętam, z jaką radością Jarosław przyje-hał, komunikując żonie, że dostali wizy i paszporty na wyjazd. Bardzo im zazdrosz-zę Paryża. W domu puchy. Na górze tylko ja i Anusia. Straszno. Na czas nieobecności gospodarzy zamieszka na kilka dni Krystyna. Zrobiło się zimno, liście opadają, epeszowała Teresa, przyjeżdżają w środę. Tego dnia wcześnie rano ja ze Stasiem jedziemy po Markowskich na Dworzec Główny. Z dworca samochodami (ile ich było i jakie, nie pamiętam) na Stawisko.
Bardzo dużo kufrów, skrzyń i walizek. Sekretarz osobisty, który się pętał i przeszkadzał przy tym wszystkim, został przepędzony przez posła Iwaszkiewicza.
Kursuję między Stawiskiem a Warszawą. A w Warszawie u Krysi na Foksal. Ciągle nie mamy swego kąta. I po cóż ci, Wiesiu, byle jaki kąt, kiedy na Stawisku masz pokoje, jakie chcesz? No właśnie. Nieuchronnie zbliża się dzień wyprowadzki ze Stawiska.
Warszawa 19 listopada 1955 r. Zapisałem z bólem serca. Cytuję dosłownie:
Przez cały dzień nie daje mi spokoju myśl, że już wkrótce będę musiał opuścić Stawisko. Dom, w którym przeżyłem tyle dobrego, stałem się człowiekiem. Chodzę przygnębiony i coś mnie dusi w gardle. Wreszcie nadmiar żałości wylewa się i wybucham wielkim płaczem. Nigdy jeszcze w życiu tak nie płakałem. Krystyna mnie pociesza. Uspokojony jadę na Stawisko. W domu pakuję trochę swoich rzeczy. Jarosław widzi to. Mówię potem, że się wyprowadzam. Jarosław płacze. Żal mi go niezmiernie. I ja go zawiodłem, jego przybrany syn. Boże wybacz. Nie wiem, gdzie jest w tym czasie ciocia Hania.
W końcu listopada byłem z rana z p. Sudzickim na audiencji u wiceprzewodniczącego Stołecznej Rady Narodowej, ob. Stolpego, w sprawie mieszkania. Obiecał załatwić pozytywnie. Sudzicki wiedział, gdzie „uderzyć”. Należy mu się podziękowanie. Bóg z nim. Był gościem na naszym weselu na Foksal.
Zaczyna się życie poza Stawiskiem
Styczeń zaczął się melancholijnie i nieciekawie. Jesteśmy bez pieniędzy i mieszkania, a dziecko w drodze. Ratujemy się, pracując dorywczo w objazdowym teatrze kukiełkowym. Szukam stałej pracy. Przy końcu stycznia zatrudniam się w zakładach im. Róży Luksemburg (lampy radiowe) na Woli. Przepracuję niecały rok. Dowcip związany z tą fabryką. Pukanie do drzwi: „Kto tam? To my. Jacy my? Przynieśliśmy róże. Jakie róże? Luksemburg”.
Druga połowa lutego. Jarosław wrócił z Belgii. Narzeka na bóle krzyża, ale zawsze pamięta, aby przywieźć z dalekiej podróży prezenty dla najbliższych. Dostałem szalik i paczkę papierosów. Szpanowałem, wyciągając z kieszeni kolorową paczkę zagranicznych fajek. Krysia dostała dwie koronkowe chusteczki.
Dwa dni przed rocznicą urodzin Jarosława jadę z nim na Stawisko. Ale dużą koleją bo EKD z powodu katastrofy na Nowogrodzkiej nie chodziła. Z Brwinowa saniami pod sam dom. A w domu ani światła, ani wody. Kucharz Kucharski radzi sobie jakoś i szykuje już jedzenie na rocznicę urodzin gospodarza. Nie będę tego dnia na Stawisku. Muszę iść do pracy na drugą zmianę.
Pierwszego marca przychodzi na świat córka Magdalena, Rózią zwana z biegiem lat. Jarosław razem ze mną przeżywa to wydarzenie. Zadzwonił nawet do pana doktora Dąbrowskiego do szpitala, aby się dowiedzieć, czy wszystko dobrze. Obie kobiety będąjakiś czas mieszkać na Stawisku. Z tego zamiaru ciocia Hania nie ukrywa dużego niezadowolenia. Rozżalony chciałem zabierać rzeczy małej i nasze, „żeby już tam więcej nie być”. Tak zapisałem w pamiętniku. Burza przeszła. Kochana moja siostra Henia pomaga przy małej.
Nie jadę do fabryki. Cieszę się z wolnego dnia, a to z okazji pogrzebu Bieruta. Umarł w Moskwie. „Pojechał w futerku, wrócił w kuferku” - szeptała Warszawa. Na takim pogrzebie jak Jarosław z Marysią chciałbym być. Pojechali mianowicie za pogrzeb Ireny Joliot Curie do Paryża (!), a potem na otarcie łez do Włoch.
Wielkanoc, która wypadła pierwszego kwietnia, była dniem prawdziwie wiosennym. Jarosława nie było, gościł w Sztokholmie w jakimś ważnym celu. Chciał nie chciał, przespacerowałem się sam do Podkowy Głównej do kościoła. Ciocia Hania już się o mnie nie bała. Tak jak w 1948 roku w Zakopanem w czasie rezurekcji. Jarosław już dawno przestał chodzić do kościoła na nabożeństwa. W początkowym okresie chodziliśmy obaj na dziewiątą.
Na Stanisława wynosimy się ze Stawiska. Będziemy żyć jakiś czas u teściowej. Teraz kilka dobrych dni. W drugiej połowie maja dostałem nakaz na pokój przy Foksal 13. Pamiętam, jak z kwaterunku (mieścił się na Karowej), idąc piechotą trzymałem mocno w dłoni klucz do tych szesnastu metrów kwadratowych, aby go nie zgubić. Za pieniądze moich opiekunów kupuję komplet mebli. Wtedy jeszcze nie było trudności z ich nabyciem.
★
Moje życie z rodziną na Foksal nie przysparza wielu ciekawych tematów takich jak na Stawisku. Coraz częściej pojawiają się wzmianki o Jurku B. w moich zapiskach. Na szczęście nie na długo. I tak nie mam zamiaru o nim pisać. Nie mogę zapaskudzić mojego obrazu Stawiska, jaki dziś noszę w sercu. Ładnie to napisałem? Oby tylko nie wpaść w grafomanię. J.B. zmarł. Miał 27 lat. Nie umiera się w tym wieku.
Mieszkam w dobrym punkcie miasta. Znajomi wpadają czasami, bo po drodze, aby skorzystać również z naszej toalety. Mam wszędzie blisko, do „Twórczości”, do Komitetu Obrońców Pokoju, do Bliklego na Nowym Świecie. Dwie „Kameralne”, dzienna i nocna. Oczywiście Teatr Kameralny. Wpadałem do „Twórczości”, najczęściej po zapomogę, niestety.
Widokówka
5.XII.59 Rzym [na odwrocie Kapitol]
Wiesieczku kochany! Przesyłamy ci oboje życzenia imieninowe i bardzo serdecznie ściskamy cię. Bardzo mi przykro, że nie miałem dotychczas wiadomości od ciebie - niepokoję się trochę. Ucałuj Krysię i Lenkę. Twoi Anna i Jarosław.
Byłem szczęśliwy i dumny jak pewnego razu moi opiekunowie wprost z lotniska przyjechali na moje imieniny na Foksal. Czy byłem tego wart?
Rok 1960
Minęło prawie pięć lat jak wyniosłem się ze Stawiska. Ale będę często bywał (obiecuję sobie) w moim dawnym domu. I nie jako gość. Nie musiałem dzwonić, że przyjadę. Po prostu jechałem. Przy większych przyjęciach uczestniczyłem nie tylko po to, żeby dobrze zjeść, lecz także by poznać nowych ludzi, posłuchać ciekawych rozmów i pomóc w tym wszystkim. Nigdy nie zatracę więzi ze Stawiskiem, aż do śmierci. Ważne słowa, ale prawdziwe.
25 lutego 1960
Ten dzień warto dokładnie podać. W tym dniu poszedłem z listem polecającym od Jarosława do pana Adama Hanuszkiewicza, który jest w tym czasie głównym reżyserem w telewizji. Wtedy jeszcze na Placu Powstańców Warszawy. Po rozmowie, która dała mi nadzieję, obiecał, że zrobi wszystko, żeby mnie przyjąć do telewizji. Jutro spotkanie i rozmowa z miłą panią Adą Kulpińską - szefem produkcji. Mam złożyć podanie z życiorysem. Ale miałbym blisko do pracy - na piechotę! Zabawnie tak to wspominać, bo ja już wiem, czym to się skończy. No dobrze, ale inni... Pierwszego kwietnia na prima aprilis dostaję angaż i tego dnia zaczynam pracę na Placu Powstańców. Pensja na początek 1300 zł. Któregoś dnia Krysia przynosi wódkę
z zagrychą na wkupne. Tak to było. Mili ludzie, praca będzie ciekawa, warto oblać taką sprawę.
★
Ciężko coś wydusić z tego mojego cuaderno. Te notatki w skrócie telegraficznym niemal pisane... co z tym robić. Nie będę pisał, co się dzieje na Foksal i jaka jest mojej rodziny sytuacja. Krótko mówiąc, nasze życie. Bo to by było o Foksal, a ma być o moim Stawisku.
Sny
Przyjechałem na Stawisko. W domu pełno obcych ludzi, między nimi chodzą uśmiechnięci ciocia Hania i Jarosław. Myślę sobie to jakaś plotka była, że oni umarli.
Wokół domu stawiskowskiego wybudowano bloki mieszkalne, ludzie spacerują tabunami, a od samochodów aż ciasno.
Przechodzę ulicą Wiejską. Od kogoś przechodzącego dowiaduję się, że Jarosław jest w „Twórczości”. Idę więc do redakcji. Mówię, że jestem prywatnie. Ktoś mnie anonsuje. W pokoju trwa remont, malowanie. Wchodzę przez ten nieład do pokoju redaktora naczelnego. Jarosław siedzi nisko na podłodze. Żeby się z nim przywitać, uściskać, klękam przed nim. Tak wtuleni, trwamy jakiś czas w tym serdecznym uścisku.
Skąd mi się wzięło to klękanie? Może z późnego wiersza:
Nie klękaj przede mną przyjacielu Czas między nami ukląkł.
Wiesław Kępiński
Fragmenty większej całości.